niedziela, 9 października 2016

Writer 1

Nadciągam z nową serią. Miał być co prawda one shot ale stwierdziłam, że może mi się udać zrobić z tego niezłe kilku częściowe opowiadanie. Mam nadzieję, że w końcu ktoś napiszę chociaż kropeczkę. przyjmuję zamówienia i liczę, że czas pozwoli mi na wrzucenie niebawem kolejnej części. 
Osobiście szkoła mnie zabija ponieważ mój terminarz wypełniają kartkówki, sprawdziany i próby do sztuki. 
Nie przedłużając już... Miłego czytania!

***

Matsumoto Takanori człowiek opisujący swoje życie.

Pisałem odkąd pamiętam. Już jako małe dziecko z podstawówki gryzmoliłem coś w niewielkim notesiku. Z kwaśnym uśmiechem wspominam te pierwsze krzywo postawione znaki. Najpierw opisywałem jakieś bzdurne rzeczy, które mnie otaczały. Opiewałem ich piękno. Później dorosłem. Niektórzy widząc moje dzieła z okresu nastoletniego buntu mogliby pomyśleć, że autor choruje na depresje i zasięga pomocy specjalistów. Idioci. Ślepo zapatrzeni w rasę ludzką i piękno stworzenia. Ja po prostu opisywałem moje uczucia, pogląd na świat, pogardę dla społeczeństwa... Mój talent zawiódł mnie na dziennikarstwo. Przecząc słowom wielu ludzi jako humanista z dyplomem nie zasiliłem szeregów Mcdonalda. Powolnymi, bolesnymi kroczkami dobiłem się do własnej rubryki w gazecie, kilku tomów powieści obciążających sklepowe półki i własnej marki. Mimo, iż odczuwałem dumę widząc swoje nazwisko w witrynie księgarni, czy w niektórych pismakach, nie wiodłem jakiegoś arcyciekawego życia.
Normalny facet w moim wieku zmaga się z żoną, dzieckiem (przy dobrych wiatrach dwójką) i kredytem na samochód. Ja jestem wszędzie i nigdzie zarazem. Na głowie siedzi mi jedynie ukochany pies i brat szukający schronienia przed ukochaną. Gej po trzydziestce nie jest bardzo chodliwym produktem. Popyt spada, zapotrzebowanie na towar maleje.
Westchnąłem znad filiżanki vanilla latte, wpatrując się w ekran laptopa. Jakby czekając, aż tekst potroi swoją objętość zapełniając puste strony. Poprawiłem stylowe okulary od Diora. Ehh... Czego nie zrobią projektanci, żeby dostać dobrą recenzję. Takie drobne prezenciki są w tym biznesie na porządku dziennym. W końcu trzeba mieć renomę w Vogueu, a ja miałem w zwyczaju pisać prawdę, wykorzystując szeroki wachlarz słów.
Reasumując w nowa kolekcja Gucciego prezentuje się dosyć nędznie, zważając na przekolorowanie i tandetne dodatki z motywami folklorystycznymi. Projektant przekroczył cienką granicę między ubarwieniem stylizacji, a zrobieniem z niej kiczu.
Usatysfakcjonowany zapisałem dokument i zamknąłem notebooka. Nie lubiłem kłamać. Schowałem narzędzie pracy do torby, po czym powróciłem do kawy. Powędrowałem znudzonym wzrokiem po kawiarni. Rudowłosy barista rzucający zmęczone spojrzenie kucharzowi, wysoka czarnowłosa kelnerka, gawędząca ze stałym klientem. Nic ciekawego. Przywołałem jednego z kelnerów ruchem dłoni.
-Rachunek poproszę.-mruknąłem, sięgając po portfel.
Po chwili przede mną wylądowała mała skórzana książeczka, do której włożyłem należną sumę i napiwek. Pożegnawszy się z baristą skinieniem głowy, opuściłem lokal. Wbiłem się w tłum i skierowałem w stronę apartamentowca. Mojego skromnego miejsca zamieszkania. Recenzję miałem wysłać do jutra, więc na razie byłem wolny. Może by tak posłuchać Kaolu i w końcu założyć konto na jakimś portalu? Parsknąłem śmiechem. Znając moje szczęście trafię na dwudziestolatka z nadmiarem libido, albo poznam przemiłego staruszka z gąbką między nogami. Chyba moje poprzednie doświadczenia spaczyły mi pojęcie o randkowaniu. Przekroczyłem próg mieszkania. Przywitało mnie wesołe szczekanie mojego kochanego malucha.
-Stęskniłeś się? Pewnie chcesz iść na spacer?
Odstawiłem torbę i złapałem czarną automatyczną smycz. Krążąc uliczkami niewielkiego parku obok mojego domu, przyglądałem się ludziom, powoli wypalając papierosa. Większość inspiracji do książek i artykułów czerpałem patrząc na zwykłe szare osoby, czy wysłuchując ich historii. Dobry dziennikarz musi umieć słuchać ale też z tym nie przesadzajmy. Słuchaj, kiedy trzeba i nie daj się zwariować. Słowa mojego senseia z uniwerka wracały zawsze. Staruszek chyba miał odpowiedź na każdą sytuację realną i wziętą z kosmosu.
-Koron!-krzyknąłem, widząc jak pies przymierza się do wejścia w krzaczory-Nawet o tym nie myśl.
Jeszcze by mi pająków i kleszczy naznosił. Ochydztwo. Nigdy nie rozumiałem ludzi lubiących te małe potwory. Są niehigieniczne, roznoszą zarazy i zawsze kiedy myślisz, że już się ich pozbyłeś one wracają z dziesięciokrotnie większą liczbą, wypełzając spod twojej szafy, czy zza biurka. Atakują zawsze, kiedy się tego najmniej spodziewasz.
Weźmy sobie za przykład sytuację z zeszłego wtorku. Twój budzi dzwoni równiutko o 7:30. Próbujesz zniszczyć go cegłą ale przypominasz sobie, że swoją starą Nokię wyrzuciłeś jakieś 15 lat temu. Dlatego wstajesz pełen życia, chcesz spokojnie wyjść z łóżka po kubeczek gorącej, aromatycznej kawy, a tu nagle przez środek twojego pokoju przełazi wielki, czarny kłak z ośmioma odnóżami. Pobudka lepsza niż dziesięć kaw i dwa kubły zimnej wody. Oczywiście drodzy przyjaciele mają cię w głębokim poważaniu, czy ta włochata bestia potraktuje cię jak śniadanie i zajęci są jedynie swoim snem.
-No ale Yuu to cholerstwo żyje! Jest wielkości mojego psa!-pisnąłem w słuchawkę.
100% męstwa, testosteron wyczuwalny w powietrzu jest tak gęsty, że da się go kroić nożem.
-Przyjacielu!
-Mam nadzieję, że was obydwu to cholerstwo zje.-po czym usłyszałem w słuchawce jedno, cholerne piknięcie.
Rozłączył się.
Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie. Przez dobre piętnaście minut nie mogłem opuścić łóżka i starałem się trafić czymkolwiek w tę małą zarazę. Budzik poszedł rzecz jasna na pierwszy ogień. Jednak w końcu czym jest bitwa bez strat? W końcu udało mi się rozpłaszczyć pająka stylowym klapeczkiem od Quick-silvera.
-Koron!-warknąłem po raz setny-Masz szlaban.-dodałem, biorąc psa na ręce.
Wróciłem do mieszkania. Mógłbym w końcu zrobić porządek w garderobie. W końcu prawie dwa tygodnie w niej nie sprzątałem. Lekcja numer dwa. Kiedy ciuchy chcą uciec z twojej szafy zaczyna robić się kiepsko.
-Koron nie podchodź ta czynność narusza przepisy BHP.-powiedziałem do mojego maleństwa stojącego w drzwiach.
Policzyłem do trzech po czym złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi. Tak jak myślałem z pomieszczenia wyleciała lawina ciuchów, butów i dodatków.
-Może by tak wziąć grabie.-mruknąłem-I taczkę. Tak. Koniecznie musi być taczka.
To nie tak, że nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Ja po prostu lubiłem moją samotność i wcale nie przeszkadzało mi, że większość współpracowników ma mnie za świra. Miałem w głębi moich rureczek, a raczej tego co zasłaniają, ich zdanie. No i na chuj mi była szósta koszulka od Givenchy? Najpierw nakupuj, a później niech twoja szafa obrywa. Jeśli Gucci produkowałby grabie i sekatory myślę, że zostałbym ogrodnikiem. Stwierdziłem nurkując w kolejnej stercie metek. Problem z markowymi ciuchami jest taki, że kupujesz ich całe tony, nawet jeśli nie są ci potrzebne, a potem szkoda się ich pozbywać. „No bo to przecież Dior!”
Postanowienie na przyszłość: Zacznę kupować ubrania, które nie będą miały równowartości dwumiesięcznego czynszu.
Będzie ciężko. Zwłaszcza kiedy na e-maila przychodzą informacje o najnowszych kolekcjach albo projektanci podlizują się królowi krytyki. Opadłem twarzą prosto w kupkę spodni. Przecież to awykonalne. Ja wielki Matsumoto Takanori krytyk i okazyjnie projektant nie wywalę przykładowo bucioszków od Hilfigera. No way! Duma i serce by mi na to nie pozwoliły. Co z tego, że są sprzed dwóch sezonów. Stare trendy wracają do łask. Jęknąłem przeciągle. Jak Szekspir XXI wieku. Wywalać, czy nie wywalać... Moje być, czy nie być. Ktoś pomoże znaleźć mi odpowiedź na to jakże frapujące pytanie?
Właśnie wtedy zadziałał przewrotny los. Wiecie, kiedy wypowiecie coś w niewłaściwym momencie, a potem przez resztę życia obrywacie po dupie. Jednak przekonać się o tym miałem dopiero po pewnym czasie. Tak jak myślałem historia trzydziestodwuletniego geja nie może być czarno-białe. Cholerna tęcza równouprawnienia zawsze się gdzieś wpieprzy.