Nadciągam z nową serią. Miał być co prawda one shot ale stwierdziłam, że może mi się udać zrobić z tego niezłe kilku częściowe opowiadanie. Mam nadzieję, że w końcu ktoś napiszę chociaż kropeczkę. przyjmuję zamówienia i liczę, że czas pozwoli mi na wrzucenie niebawem kolejnej części.
Osobiście szkoła mnie zabija ponieważ mój terminarz wypełniają kartkówki, sprawdziany i próby do sztuki.
Nie przedłużając już... Miłego czytania!
***
Matsumoto
Takanori człowiek opisujący swoje życie.
Pisałem
odkąd pamiętam. Już jako małe dziecko z podstawówki gryzmoliłem
coś w niewielkim notesiku. Z kwaśnym uśmiechem wspominam te
pierwsze krzywo postawione znaki. Najpierw opisywałem jakieś
bzdurne rzeczy, które mnie otaczały. Opiewałem ich piękno.
Później dorosłem. Niektórzy
widząc moje dzieła z okresu nastoletniego buntu mogliby pomyśleć,
że autor choruje na depresje i zasięga pomocy specjalistów.
Idioci. Ślepo zapatrzeni w rasę ludzką i piękno stworzenia. Ja po
prostu opisywałem moje uczucia, pogląd na świat, pogardę dla
społeczeństwa... Mój talent zawiódł mnie na dziennikarstwo.
Przecząc słowom wielu ludzi
jako humanista z dyplomem nie zasiliłem szeregów Mcdonalda.
Powolnymi, bolesnymi
kroczkami dobiłem się do własnej rubryki w gazecie, kilku tomów
powieści obciążających sklepowe półki i
własnej marki. Mimo,
iż odczuwałem dumę widząc swoje nazwisko w witrynie księgarni,
czy w niektórych pismakach,
nie wiodłem jakiegoś
arcyciekawego życia.
Normalny
facet w moim wieku zmaga się z żoną, dzieckiem (przy dobrych
wiatrach dwójką) i kredytem na samochód. Ja jestem wszędzie i
nigdzie zarazem. Na głowie siedzi mi jedynie ukochany pies i brat
szukający schronienia przed ukochaną. Gej
po trzydziestce nie jest bardzo chodliwym produktem. Popyt spada,
zapotrzebowanie na towar maleje.
Westchnąłem
znad filiżanki vanilla latte, wpatrując się w ekran laptopa. Jakby
czekając, aż tekst potroi swoją objętość
zapełniając puste strony. Poprawiłem
stylowe okulary od Diora. Ehh... Czego nie zrobią projektanci, żeby
dostać dobrą recenzję. Takie drobne prezenciki są w tym biznesie
na porządku dziennym. W końcu trzeba mieć renomę w Vogueu, a ja
miałem w zwyczaju pisać prawdę, wykorzystując szeroki wachlarz
słów.
Reasumując
w nowa kolekcja Gucciego prezentuje się dosyć nędznie, zważając
na przekolorowanie i tandetne dodatki z motywami folklorystycznymi.
Projektant przekroczył cienką granicę między ubarwieniem
stylizacji, a zrobieniem z niej kiczu.
Usatysfakcjonowany
zapisałem dokument i zamknąłem notebooka. Nie lubiłem kłamać.
Schowałem narzędzie pracy do torby, po czym powróciłem do kawy.
Powędrowałem znudzonym wzrokiem po kawiarni. Rudowłosy barista
rzucający zmęczone spojrzenie kucharzowi, wysoka czarnowłosa
kelnerka, gawędząca ze stałym klientem. Nic ciekawego. Przywołałem
jednego z kelnerów ruchem dłoni.
-Rachunek
poproszę.-mruknąłem, sięgając po portfel.
Po
chwili przede mną wylądowała mała skórzana książeczka, do
której włożyłem należną sumę i napiwek. Pożegnawszy się z
baristą skinieniem głowy, opuściłem lokal. Wbiłem się w tłum i
skierowałem w stronę apartamentowca. Mojego skromnego miejsca
zamieszkania. Recenzję miałem wysłać do jutra, więc na razie
byłem wolny. Może by tak posłuchać Kaolu i w końcu założyć
konto na jakimś portalu? Parsknąłem śmiechem. Znając moje
szczęście trafię na dwudziestolatka z nadmiarem libido, albo
poznam przemiłego staruszka z gąbką między nogami. Chyba moje
poprzednie doświadczenia spaczyły mi pojęcie o randkowaniu.
Przekroczyłem próg mieszkania. Przywitało mnie wesołe szczekanie
mojego kochanego malucha.
-Stęskniłeś
się? Pewnie chcesz iść na spacer?
Odstawiłem
torbę i złapałem czarną automatyczną smycz. Krążąc uliczkami
niewielkiego parku obok mojego domu, przyglądałem się ludziom,
powoli wypalając papierosa. Większość inspiracji do książek i
artykułów czerpałem patrząc na zwykłe szare osoby, czy
wysłuchując ich historii. Dobry dziennikarz musi umieć słuchać
ale też z tym nie przesadzajmy. Słuchaj, kiedy trzeba i nie daj się
zwariować. Słowa mojego senseia z uniwerka wracały zawsze.
Staruszek chyba miał odpowiedź na każdą sytuację realną i
wziętą z kosmosu.
-Koron!-krzyknąłem,
widząc jak pies przymierza się do wejścia w krzaczory-Nawet o tym
nie myśl.
Jeszcze
by mi pająków i kleszczy naznosił. Ochydztwo. Nigdy nie rozumiałem
ludzi lubiących te małe potwory. Są niehigieniczne, roznoszą
zarazy i zawsze kiedy myślisz, że już się ich pozbyłeś one
wracają z dziesięciokrotnie większą liczbą, wypełzając spod
twojej szafy, czy zza biurka. Atakują zawsze, kiedy się tego
najmniej spodziewasz.
Weźmy
sobie za przykład sytuację z zeszłego wtorku. Twój budzi dzwoni
równiutko o 7:30. Próbujesz zniszczyć go cegłą ale przypominasz
sobie, że swoją starą Nokię wyrzuciłeś jakieś 15 lat temu.
Dlatego wstajesz pełen życia, chcesz spokojnie wyjść z łóżka
po kubeczek gorącej, aromatycznej kawy, a tu nagle przez środek
twojego pokoju przełazi wielki, czarny kłak z ośmioma odnóżami.
Pobudka lepsza niż dziesięć kaw i dwa kubły zimnej wody.
Oczywiście drodzy przyjaciele mają cię w głębokim poważaniu,
czy ta włochata bestia potraktuje cię jak śniadanie i zajęci są
jedynie swoim snem.
-No
ale Yuu to cholerstwo żyje! Jest wielkości mojego psa!-pisnąłem w
słuchawkę.
100%
męstwa, testosteron wyczuwalny w powietrzu jest tak gęsty, że da
się go kroić nożem.
-Przyjacielu!
-Mam
nadzieję, że was obydwu to cholerstwo zje.-po czym usłyszałem w
słuchawce jedno, cholerne piknięcie.
Rozłączył
się.
Wzdrygnąłem
się na samo wspomnienie. Przez dobre piętnaście minut nie mogłem
opuścić łóżka i starałem się trafić czymkolwiek w tę małą
zarazę. Budzik poszedł rzecz jasna na pierwszy ogień. Jednak w
końcu czym jest bitwa bez strat? W końcu udało mi się
rozpłaszczyć pająka stylowym klapeczkiem od Quick-silvera.
-Koron!-warknąłem
po raz setny-Masz szlaban.-dodałem, biorąc psa na ręce.
Wróciłem
do mieszkania. Mógłbym w końcu zrobić porządek w garderobie. W
końcu prawie dwa tygodnie w niej nie sprzątałem. Lekcja numer dwa.
Kiedy ciuchy chcą uciec z twojej szafy zaczyna robić się kiepsko.
-Koron
nie podchodź ta czynność narusza przepisy BHP.-powiedziałem do
mojego maleństwa stojącego w drzwiach.
Policzyłem
do trzech po czym złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi. Tak jak
myślałem z pomieszczenia wyleciała lawina ciuchów, butów i
dodatków.
-Może
by tak wziąć grabie.-mruknąłem-I taczkę. Tak. Koniecznie musi
być taczka.
To
nie tak, że nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Ja po prostu
lubiłem moją samotność i wcale nie przeszkadzało mi, że
większość współpracowników ma mnie za świra. Miałem w głębi
moich rureczek, a raczej tego co zasłaniają, ich zdanie. No i na
chuj mi była szósta koszulka od Givenchy? Najpierw nakupuj, a
później niech twoja szafa obrywa. Jeśli Gucci produkowałby grabie
i sekatory myślę, że zostałbym ogrodnikiem. Stwierdziłem
nurkując w kolejnej stercie metek. Problem z markowymi ciuchami jest
taki, że kupujesz ich całe tony, nawet jeśli nie są ci potrzebne,
a potem szkoda się ich pozbywać. „No bo to przecież Dior!”
Postanowienie
na przyszłość: Zacznę kupować ubrania, które nie będą miały
równowartości dwumiesięcznego czynszu.
Będzie
ciężko. Zwłaszcza kiedy na e-maila przychodzą informacje o
najnowszych kolekcjach albo projektanci podlizują się królowi
krytyki. Opadłem twarzą prosto w kupkę spodni. Przecież to
awykonalne. Ja wielki Matsumoto Takanori krytyk i okazyjnie
projektant nie wywalę przykładowo bucioszków od Hilfigera. No way!
Duma i serce by mi na to nie pozwoliły. Co z tego, że są sprzed
dwóch sezonów. Stare trendy wracają do łask. Jęknąłem
przeciągle. Jak Szekspir XXI wieku. Wywalać, czy nie wywalać...
Moje być, czy nie być. Ktoś pomoże znaleźć mi odpowiedź na to
jakże frapujące pytanie?
Właśnie
wtedy zadziałał przewrotny los. Wiecie, kiedy wypowiecie coś w
niewłaściwym momencie, a potem przez resztę życia obrywacie po
dupie. Jednak przekonać się o tym miałem dopiero po pewnym czasie.
Tak jak myślałem historia trzydziestodwuletniego geja nie może być
czarno-białe. Cholerna tęcza równouprawnienia zawsze się gdzieś
wpieprzy.