niedziela, 11 września 2016

Why are you gone?

One shot Reita x Kai 
Na początku miał być smutny shot, jednak w trakcie pisania zmieniły mi się plany. Tak więc zamiast sad endu jest szczęśliwe zakończenie. Pisany o 4:30 i nie sprawdzany, więc darujcie błędy. 
Miłego czytania!
***

Śmierć jest jedyną rzeczą, której możemy być pewni.
Pożegnanie.
Czy jest nam lepiej, gdy dowiadujemy się, że ktoś kogo kochamy nie żyje niż, że odszedł do kogoś innego? Porzucił nas? Czy wtedy zadręczamy się tym, że nie potrafiliśmy dać jej szczęścia?
Są dwa rodzaje odejścia. Śmierć lub zostawienie. Czym się różnią skoro bolą tak samo? Ktoś kogo kochasz znika z twojego życia na zawsze.
Odkąd odszedł, miotałem się po mieszkaniu, krzyczałem, płakałem. Bezsenne noce były moją codziennością. Coś co kiedyś biło w mojej piersi dawno umarło. Zostało boleśnie wyrwane i zabranie razem z nim. Cały czas nie wiedziałem „dlaczego?”.
Przecież było nam razem dobrze. Dbaliśmy o siebie. Razem się śmialiśmy, płakaliśmy. Czułem się bezpiecznie schowany przed światem w twoich ramionach. Zasypiałem i budziłem się w nagrzanej przez twoje ciało pościeli. Kiedy wychodziłeś wcześniej do pracy składałeś na moim czole delikatny pocałunek i okrywałeś szczelniej ciepłą pierzyną. A teraz? Teraz wszystko poszło się jebać! Ty zniknąłeś, a ja zrozumiałem jak bardzo byłem i nadal jestem od ciebie uzależniony. Mogę cię śmiało porównać do kofeiny, którą tak kochałeś pić, czy heroiny. Nałóg zabijający cię każdego dnia. Wyniszczający kawałek po kawałeczku.
Dlaczego to, aż tak boli do jasnej cholery?!
Dlaczego Akira?!
Przecież się starałem? Niewystarczająco? Gotowałem, sprzątałem, co najważniejsze kochałem. Za mało ci się dawałem? Dlatego musiałeś szukać pocieszenia w ramionach tej czarnowłosej dziwki?
Zupełnie jak z nim. Też mnie zdradził i zostawił. Ty miałeś być inny. Obiecywałeś, że mnie będziesz mi wierny. Nie porzucisz. Przecież to ty pomagałeś mi wyjść z dołka i powrócić do normalnego życia. Pokazałeś czym jest prawdziwa miłość. Nauczyłeś od nowa ufać. Tylko po to, żeby zabrać to wszystko? Tylko po to, żeby jeszcze bardziej bolało? Miałeś być lepszy, a jednak okazałeś się gorszy? On przynajmniej miał tyle odwagi, żeby przyznać się do tego co zrobił i zakończyć to w miarę cywilizowany sposób. A ty? Po prostu zniknąłeś pewnego czarnego dnia.
Zabrakło mi oddechu. Znowu. Bolało coraz bardziej. Z sekundy na sekundę. Z minuty na minutę. Chciałem w końcu zniknąć. Niby z każdym dniem ubrania zaczynały na mnie coraz bardziej wisieć. Jednak to nie pomagało. Załatwiło mi tylko stały monitoring moich przyjaciół. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Z każdą chwilą mojej zwłoki robił się coraz bardziej nachalny. Wstałem powoli zataczając się i podpierając ściany, przewracając przy okazji kilka pustych ciemno zielonych butelek. Po upływie kilku minut otworzyłem w końcu natrętowi po drugiej stronie. Owym namolnym kimś okazał się być Takanori.
-Mówiłem ci już, żebyś nie zamykał na dolny zamek, bo nie mam klucza.-powiedział wpakowując się do mojego mieszkania-Przyniosłem ci obiadek. -podniósł do góry reklamówkę z kolorowymi pudełeczkami.
Kiwnąłem głową.
-Ale tu u ciebie zimno.
Wzruszyłem ramionami. Było mi dobrze. Zimno jak w dziurze, zionącej pustką w mojej piersi.
-Nie możesz się jeszcze przeziębić. Wiesz w twoim stanie mógłbyś tego nie…
-Nie przeżyć?-dokończyłem-Chciałbym.
Wiem, że brzmiało to głupio. Skończyć swoje życie tylko dlatego, że facet mnie rzucił. Byłem słaby psychicznie. Akira stanowił po prostu część mnie. Starajcie się teraz żyć bez żołądka, czy gałki ocznej. Suzuki był po prostu ½ mojej egzystencji.
-Nie to miałem na myśli!-zreflektował się szatyn-Po prostu ostatnią rzeczą jakiej potrzebujesz jest 40 stopniowa gorączka, zapchany nos i bolące gardło.
Podszedł do termostatu i podwyższył temperaturę.
-Znowu zrobiłeś bałagan.-stwierdził, spoglądając krytycznie na poprzewracane butelki-Podgrzeję ci obiad i zaraz to ogarnę. Usiądź.
Zająłem miejsce przy stole.
-Nie masz się czego bać, pani Ayano gotowała.
Postawił przede mną kilka miseczek z parującą zawartością.
-No śmiało.-wcisnął mi do ręki pałeczki.
Niemrawo pogrzebałem w ryżu i upiłem łyk zupy.
-Co robiłeś, kiedy Kou poszedł?
-Umierałem.-burknąłem.
Uśmiech Takanoriego zmalał. Pogładził moją dłoń.
-Naprawdę będzie lepiej. Czas leczy rany. Może ci się wydawać, że to tylko słowa ale one naprawdę pomogą.
-Jest mi po prostu źle. Dlaczego on mnie zostawił? Czy byłem naprawdę, aż tak beznadziejny?
-Nie jesteś zrozum to w końcu! To Akira jest kretynem i podłym chujem!
Nie zrobiłeś nic złego.-dodał spokojniejszym tonem-Dokończ, a ja posprzątam.
Z kuchni słyszałem jak dzwoni do kogoś.
-Nie zjesz więcej?-zapytał, kiedy wrócił z dwoma pełnymi workami śmieci.
Pokręciłem głową.
-Kouyou powinien niedługo przyjechać i pójdziecie na spacer.
Czułem się jak małe dziecko. Niańczone przez Takanoriego, Kouyou i Yuu.
Taka kazał mi się umyć i przebrać. To nie tak, że miałem jakąś pieprzoną traumę i nie wychodziłem z domu przez ostatnie dwa tygodnie, bo bałem się przypadkowego spotkania z NIM. Siedziałem w wannie, wpatrując się tępo w karmelową ścianę. Nie chciałem nigdzie wychodzić ale Ru siłą wpakował mnie do wanny. Kiedy przyszedł Kouyou stałem przed szafą, zawinięty w szary miękki ręcznik. Doszły do mnie strzępy ich rozmowy.
-Boję się o niego.-szeptał Taka.
-Przeżyje to. Jest po prostu delikatny. Po za tym to już drugi raz. Pamiętasz co było z Takamasą.
-Pamiętam ale wtedy pomógł mu Suzuki.
-Teraz nasza w tym głowa, żeby mu się polepszyło.
Przez moją twarz przemknął cień uśmiechu. Nie zostałem sam. Jednak cały czas bolała mnie nielojalność Akiry.
-Moja dawna przyjaciółka dzwoniła do mnie. Chciała rozmawiać ale odprawiłem z kwitkiem. W tej chwili wzbudza we mnie jedynie obrzydzenie.
-Trudno się dziwić.
Wróciłem do wybierania ubrań. Złapałem czarny sweter i jeansy.
-Hej Yuk-kun. Można?-zapytał Takashima, pukając w drzwi.
-Tak.
-Widzę, że Taka cię uprał.
Kiwnąłem głową.
-To dobrze. Zabieram cię na spacer, a Taknori robi dezynfekcje.
Z niechęcią i pod przymusem (głównie to proszącego wzroku Kouyou) opuściłem swój azyl. Na niektórych ulicach poustawiane były radiowozy, a liczba patroli była większa niż zwykle.
-Wiesz może o co chodzi?-rozejrzałem się dookoła.
Niedaleko ma być jakiś koncert i zablokowali połowę miasta.
-W takim razie gdzie konkretnie chcesz iść?-zapytałem, chowając ręce do kieszeni.
-Przed siebie.-odparł z uśmiechem-Myślałem o parku, czy o jakiejś spokojnej kawiarni. Może tej z kotami?
-Dobrze.
-Naprawdę ci źle.
Jak zwykle nie owijał w tanie słówka.
-Tak. Nawet nie wiem gdzie się podział. Po prostu kiedy wróciłem z delegacji jego rzeczy już nie było.
-Nie zostawił ci żadnej wiadomości?
-Nic, a nic. Nawet nie próbował się ze mną skontaktować.
-A praca?
-W poniedziałek kończy mi się urlop.
-Nareszcie wrócisz do życia.
-Nie chcę. Nawet nie wiesz jakie masz szczęście. Tylko ja jestem takim kretynem i nie potrafię nikogo przy sobie zatrzymać.
-Przestań tak w końcu mówić. Po prostu trafiasz na złych facetów. Tylko nie wiem dlaczego Akira się tak zachował. Znamy się od podstawówki. Zdrada była dla niego jedną z najgorszych rzeczy.
-Hipokryta.-prychnąłem.
Później zeszliśmy z tematu. Zastanawiałem się, czy moje obecne poczucie żalu, smutku i zdrady nie przeradza się w złość i nienawiść. To prawda kiedy zobaczyłem go całującego się z tamtą dziewczyną oprócz ogromnego bólu poczułem niewyobrażalną wściekłość. W końcu to normalne, gdy ktoś łamie daną obietnicę. W domu wywrzeszczałem mu wszystko. Jednak w nocy miałem samolot i nie mogłem od razu tego załatwić. Gdybym wiedział, że zniknie... Właściwie to nie wiem co bym zrobił. Nie byłem na to wszystko przygotowany dlatego zacząłem topić wszystko w procentach.
-Myślę, że zamiast parku powinniśmy od razu przeskoczyć do kawiarni.-stwierdził chłopak patrząc w niebo.
Stalowo szare chmury zaczęły się kłębić nad naszymi głowami. Szybko znaleźliśmy niewielką kawiarnię o tej porze prawie pustą. Jedynie dwa stoliki były zajęte przez parę w podeszłym wieku i młodego, blondwłosego mężczyznę. Kolor jego włosów kojarzył mi się z Suzukim. Wszystko w moim, do niedawna naszym, mieszkaniu mi go przypominało. Poduszka na której spał. Jego ulubiona pokraczna lampa w kształcie trójkąta o którą tak często się kłóciliśmy. Pościel od YSL z wadliwym szwem, którą razem upolowaliśmy na jakiejś przecenie. Długo mógłbym wymieniać kończąc na kubku i ulubionej łyżeczce z białymi wzorkami. Może to były kolejne powody dla których zabarykadowałem się w domu. Z blondyna siedzącego nad telefon mój wzrok powrócił do dwójki starszych ludzi. Byli uśmiechnięci. Rozmawiali cicho wpatrując się sobie w oczy. Też tak kiedyś wyglądaliśmy? Czy wtedy też mnie zdradzałeś? Czy nasze szczęście było tylko pozorem? Mgiełką z perfum, widoczną przez kilka sekund, zostawiającą zapach, który i tak potem zwietrzeje?
Ciszę przerwał telefon szatyna.
-Halo?... Tak. Czekaj.-odsunął urządzenie od ucha-Takanori pyta dlaczego nie odbierasz telefonu.
Odruchowo złapałem się za prawą kieszeń, jednak nic w niej nie znalazłem poza kawałkiem chusteczki i granatowym guzikiem.
-Nie mam.
-Mówi, że nie wziął. Aha. Taka pyta gdzie trzymasz płyn do podłóg.
-W toalecie. Najniższa szafka pod zlewem.
-Szafka w kiblu. Okej. Pa.

Kiedy wróciliśmy moje mieszkanie nie pachniało już jak przybytek dla meneli, tylko jak sklep ze środkami czystości. Taka chyba zabił każdą możliwą formę bakterii w obrębie tego apartamentu.
-Następnym razem pamiętaj, żeby pocztę wyrzucać do kosza, ewentualnie do jakiejś przeznaczonej na to szufladki, a nie pod lodówkę.-mruknął chłopak, wskazując na kremową kopertkę leżącą na stole.
-Co? Jaką pocztę?-zdziwiłem się zgarniając list.
Nie był zamknięty. Nawet nie miał adresu i znaczka. Wyjąłem ze środka karteczkę zapisaną koślawymi znaczkami.
Yutaka kochanie nie wiem o co ci chodzi. Mam nadzieję, że na wyjeździe przemyślisz wszystko i będziemy mogli na spokojnie porozmawiać. Na jakiś czas zamieszkam u Namjoona daj znać jak ochłoniesz.
Kocham cię Akira.
-Jak to nie wie o co mi chodzi?!-wrzasnąłem, wpatrując się w papier.
-Co się stało?-zapytał Shima, zaglądając mi przez ramię.
-Muszę jechać do Kima.-powiedziałem, łapiąc za kluczyki od samochodu.
Nim Matsumoto i Takashima zdążyli się zorientować, zbiegałem już po schodach. Krzyczeli coś za mną ale byłem za daleko. Pewnie chcieli mnie zatrzymać. Wsiadłem do samochodu po czym ruszyłem w stronę centrum.
Władowałem się w największy korek. Jak zwykle. Uderzyłem niecierpliwie w kierownicę. Nie miałem telefonu, żeby chociaż do niego zadzwonić. Właściwie to nie widziałem tego małego cholerstwa od dawna. Nie był mi potrzebny, aż do teraz. Skąd tu tyle samochodów?! Koncert! Czyli zapewne to próbowali mi wykrzyczeć. Zaparkowałem gdzieś na uboczu po czym ruszyłem biegiem w stronę mieszkania Namjoona. Biegłem szybko, prosto przed siebie. Oczy zaszły mi łzami. Co jakiś czas na kogoś wpadałem. W końcu po raz pierwszy od tych pieprzonych czternastu dni czułem, że w mojej piersi coś drgnęło. Jeszcze tylko kawałek. Kilka zawszonych metrów. Jak burza wleciałem do budynku, w którym mieszkał Kim. Ignorując windę wbiegłem po schodach. Stojąc przed drzwiami i czekając, aż ktoś mi otworzy czułem jak moje serce wali z szaloną prędkością. Oddech był krótki i urywany. Płuca paliły mnie żywym ogniem, a w gardle miałem pustynię. W końcu zamek drgnął. Otworzył mi wysoki, szarowłosy chłopak.
-Yutaka.
-Po-powiedz mi, że... że jest Aki..ra!-wydyszałem, łapiąc się za klatkę piersiową.
-Jest. Wejdź.
-Ktoś przyszedł?-usłyszałem z głębi domu.
-W sypialni.-podpowiedział Namjoon.
Nie musiał tego mówić, gdyż w drzwiach to pokoju stanął Suzuki.
-Ty skończony idioto!-wrzasnąłem, nacierając na niego-Normalni ludzie czekają, a nie bawią się w jakieś zasranego listonosza niespełnionego pisarza! Wiesz co przeżywałem?! Wiesz jak się czułem?! Myślałem, że mnie dostawiłeś ty parszywa świnio! Że okazałeś się być taki sam, a nawet gorszy niż Takamasa!
-Przecież wszystko ci napisałem w tym liście.-mruknął zdziwiony.
-Który Takanori znalazł dzisiaj pod lodówką! Nawet mimo tego, że się do ciebie przez tak długi czas nie odzywałem ty nic z tym nie zrobiłeś! Sam mógłbyś zadzwonić, czy przyjść do mnie!
-Uspokój się. Wyjaśnię ci wszystko. Chodź.-pociągnął mnie za rękę w stronę sypialni, zostawiając zdezorientowanego Kima w salonie.
Posadził mnie na łóżku kucając naprzeciwko.
-Próbowałem się do ciebie dodzwonić i to nie raz. Zawsze włączała się skrzynka głosowa. Myślałem, że już mnie nie chcesz, że zrobiłem coś nie tak. Dlatego próbowałem skontaktować się z Kouyou ale on nawrzeszczał na mnie jak jeszcze mogę mieć czelność i próbować z tobą porozmawiać po tym co zrobiłem. Tylko ja nie wiem za co mnie tak linczujecie. Co zrobiłem źle?
Patrzyłem na niego spod przymrużonych powiek.
-Zdradziłeś mnie.-odparłem po chwili milczenia.
-O czym ty mówisz? Niby kiedy? Gdzie? Z kim?
-Dzień przed moim wyjazdem. Widziałem jak się obściskiwałeś z jakąś dziewczyną. Jeśli ci się znudziłem i chciałeś założyć normalną rodzinę wystarczyło powiedzieć.
Suzuki poleciał do tylu, siadając na podłodze, po czym schował twarz w dłoniach i zaczął kręcić głową.
-To była moja przyjaciółka, którą znam od przedszkola. Załatwiłem jej pracę w mojej firmie. Była po prostu szczęśliwa, dlatego tak zareagowała. Emocje wzięły górę. Yutaka nigdy bym cię nie zdradził. Obiecałem ci to. Nie jestem jak on.-klęknął, opierając ręce na moich udach-Kocham cię.
Toczyłem właśnie bitwę sam ze sobą. Jedna część, ta skrzywdzona mówiła, żeby wstać i wyjść. Zakończyć to. Druga krzyczała, żeby mu wybaczyć. Przecież go kochasz.
-Jesteś największym tępakiem jakiego kiedykolwiek spotkałem.-mruknąłem, zsuwając się prosto w jego ramiona.
-Wiem. Przepraszam cię kochanie.
Złapał moją twarz w dłonie, ścierając kciukami dwie słone ścieżki. Pierwszy raz od dwóch tygodni uśmiechnąłem się szczerze. Nie był to wymuszony grymas posyłany w stronę lustra. Pierwszy raz od dwóch tygodni czułem jak jego obecność wypełnia pustkę w moim sercu, reanimuje je i przywraca do życia. Pierwszy raz od dwóch tygodni poczułem smak jego spierzchniętych warg smakujących moich.
-Jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz wykastruję cię nożyczkami dla dzieci.-mruknąłem, wtulając się w jego szyję.
Przełknął głośno ślinę.
-Dobrze, ty moja parszywa świnko. Skąd ci się to w ogóle wzięło?
-A co wolałbyś parchaty wieprzu?
-Ograniczę ci czas z Takanorim.
-Czyli co happy end?
-Tak nasz prywatny happy endzik.
-W końcu!-usłyszeliśmy zza drzwi.
-Won do Korei szpiegu za dychę! Weź tą złotą trójce ze sobą!-wrzasnął Akira.

W końcu nie spadł żaden deszcz, a chmury nad miastem powoli zaczęły się przerzedzać.