One shot Reita x Kai
Na początku miał być smutny shot, jednak w trakcie pisania zmieniły mi się plany. Tak więc zamiast sad endu jest szczęśliwe zakończenie. Pisany o 4:30 i nie sprawdzany, więc darujcie błędy.
Miłego czytania!
***
Śmierć
jest jedyną rzeczą, której możemy być pewni.
Pożegnanie.
Czy
jest nam lepiej, gdy dowiadujemy się, że ktoś kogo kochamy nie
żyje niż, że odszedł do kogoś innego? Porzucił nas? Czy wtedy
zadręczamy się tym, że nie potrafiliśmy dać jej szczęścia?
Są
dwa rodzaje odejścia. Śmierć lub zostawienie. Czym się różnią
skoro bolą tak samo? Ktoś kogo kochasz znika z twojego życia na
zawsze.
Odkąd
odszedł, miotałem się po mieszkaniu, krzyczałem, płakałem.
Bezsenne noce były moją codziennością. Coś co kiedyś biło w
mojej piersi dawno umarło. Zostało boleśnie wyrwane i zabranie
razem z nim. Cały czas nie wiedziałem „dlaczego?”.
Przecież
było nam razem dobrze. Dbaliśmy o siebie. Razem się śmialiśmy,
płakaliśmy. Czułem się bezpiecznie schowany przed światem w
twoich ramionach. Zasypiałem i budziłem się w nagrzanej przez
twoje ciało pościeli. Kiedy wychodziłeś wcześniej do pracy
składałeś na moim czole delikatny pocałunek i okrywałeś
szczelniej ciepłą pierzyną. A teraz? Teraz wszystko poszło się
jebać! Ty zniknąłeś, a ja zrozumiałem jak bardzo byłem i nadal
jestem od ciebie uzależniony. Mogę cię śmiało porównać do
kofeiny, którą tak kochałeś pić, czy heroiny. Nałóg zabijający
cię każdego dnia. Wyniszczający kawałek po kawałeczku.
Dlaczego
to, aż tak boli do jasnej cholery?!
Dlaczego
Akira?!
Przecież
się starałem? Niewystarczająco? Gotowałem, sprzątałem, co
najważniejsze kochałem. Za mało ci się dawałem? Dlatego musiałeś
szukać pocieszenia w ramionach tej czarnowłosej dziwki?
Zupełnie
jak z nim. Też mnie zdradził i zostawił. Ty miałeś być inny.
Obiecywałeś, że mnie będziesz mi wierny. Nie porzucisz. Przecież
to ty pomagałeś mi wyjść z dołka i powrócić do normalnego
życia. Pokazałeś czym jest prawdziwa miłość. Nauczyłeś od
nowa ufać. Tylko po to, żeby zabrać to wszystko? Tylko po to, żeby
jeszcze bardziej bolało? Miałeś być lepszy, a jednak okazałeś
się gorszy? On przynajmniej miał tyle odwagi, żeby przyznać się
do tego co zrobił i zakończyć to w miarę cywilizowany sposób. A
ty? Po prostu zniknąłeś pewnego czarnego dnia.
Zabrakło
mi oddechu. Znowu. Bolało coraz bardziej. Z sekundy na sekundę. Z
minuty na minutę. Chciałem w końcu zniknąć. Niby z każdym dniem
ubrania zaczynały na mnie coraz bardziej wisieć. Jednak to nie
pomagało. Załatwiło mi tylko stały monitoring moich przyjaciół.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Z każdą chwilą mojej zwłoki robił
się coraz bardziej nachalny. Wstałem powoli zataczając się i
podpierając ściany, przewracając przy okazji kilka pustych ciemno
zielonych butelek. Po upływie kilku minut otworzyłem w końcu
natrętowi po drugiej stronie. Owym namolnym kimś okazał się być
Takanori.
-Mówiłem
ci już, żebyś nie zamykał na dolny zamek, bo nie mam
klucza.-powiedział wpakowując się do mojego mieszkania-Przyniosłem
ci obiadek. -podniósł do góry reklamówkę z kolorowymi
pudełeczkami.
Kiwnąłem
głową.
-Ale
tu u ciebie zimno.
Wzruszyłem
ramionami. Było mi dobrze. Zimno jak w dziurze, zionącej pustką w
mojej piersi.
-Nie
możesz się jeszcze przeziębić. Wiesz w twoim stanie mógłbyś
tego nie…
-Nie
przeżyć?-dokończyłem-Chciałbym.
Wiem,
że brzmiało to głupio. Skończyć swoje życie tylko dlatego, że
facet mnie rzucił. Byłem słaby psychicznie. Akira stanowił po
prostu część mnie. Starajcie się teraz żyć bez żołądka, czy
gałki ocznej. Suzuki był po prostu ½ mojej egzystencji.
-Nie
to miałem na myśli!-zreflektował się szatyn-Po prostu ostatnią
rzeczą jakiej potrzebujesz jest 40 stopniowa gorączka, zapchany nos
i bolące gardło.
Podszedł
do termostatu i podwyższył temperaturę.
-Znowu
zrobiłeś bałagan.-stwierdził, spoglądając krytycznie na
poprzewracane butelki-Podgrzeję ci obiad i zaraz to ogarnę. Usiądź.
Zająłem
miejsce przy stole.
-Nie
masz się czego bać, pani Ayano gotowała.
Postawił
przede mną kilka miseczek z parującą zawartością.
-No
śmiało.-wcisnął mi do ręki pałeczki.
Niemrawo
pogrzebałem w ryżu i upiłem łyk zupy.
-Co
robiłeś, kiedy Kou poszedł?
-Umierałem.-burknąłem.
Uśmiech
Takanoriego zmalał. Pogładził moją dłoń.
-Naprawdę
będzie lepiej. Czas leczy rany. Może ci się wydawać, że to tylko
słowa ale one naprawdę pomogą.
-Jest
mi po prostu źle. Dlaczego on mnie zostawił? Czy byłem naprawdę,
aż tak beznadziejny?
-Nie
jesteś zrozum to w końcu! To Akira jest kretynem i podłym chujem!
Nie
zrobiłeś nic złego.-dodał spokojniejszym tonem-Dokończ, a ja
posprzątam.
Z
kuchni słyszałem jak dzwoni do kogoś.
-Nie
zjesz więcej?-zapytał, kiedy wrócił z dwoma pełnymi workami
śmieci.
Pokręciłem
głową.
-Kouyou
powinien niedługo przyjechać i pójdziecie na spacer.
Czułem
się jak małe dziecko. Niańczone przez Takanoriego, Kouyou i Yuu.
Taka
kazał mi się umyć i przebrać. To nie tak, że miałem jakąś
pieprzoną traumę i nie wychodziłem z domu przez ostatnie dwa
tygodnie, bo bałem się przypadkowego spotkania z NIM. Siedziałem w
wannie, wpatrując się tępo w karmelową ścianę. Nie chciałem
nigdzie wychodzić ale Ru siłą wpakował mnie do wanny. Kiedy
przyszedł Kouyou stałem przed szafą, zawinięty w szary miękki
ręcznik. Doszły do mnie strzępy ich rozmowy.
-Boję
się o niego.-szeptał Taka.
-Przeżyje
to. Jest po prostu delikatny. Po za tym to już drugi raz. Pamiętasz
co było z Takamasą.
-Pamiętam
ale wtedy pomógł mu Suzuki.
-Teraz
nasza w tym głowa, żeby mu się polepszyło.
Przez
moją twarz przemknął cień uśmiechu. Nie zostałem sam. Jednak
cały czas bolała mnie nielojalność Akiry.
-Moja
dawna przyjaciółka dzwoniła do mnie. Chciała rozmawiać ale
odprawiłem z kwitkiem. W tej chwili wzbudza we mnie jedynie
obrzydzenie.
-Trudno
się dziwić.
Wróciłem
do wybierania ubrań. Złapałem czarny sweter i jeansy.
-Hej
Yuk-kun. Można?-zapytał Takashima, pukając w drzwi.
-Tak.
-Widzę,
że Taka cię uprał.
Kiwnąłem
głową.
-To
dobrze. Zabieram cię na spacer, a Taknori robi dezynfekcje.
Z
niechęcią i pod przymusem (głównie to proszącego wzroku Kouyou)
opuściłem swój azyl. Na niektórych ulicach poustawiane były
radiowozy, a liczba patroli była większa niż zwykle.
-Wiesz
może o co chodzi?-rozejrzałem się dookoła.
Niedaleko
ma być jakiś koncert i zablokowali połowę miasta.
-W
takim razie gdzie konkretnie chcesz iść?-zapytałem, chowając ręce
do kieszeni.
-Przed
siebie.-odparł z uśmiechem-Myślałem o parku, czy o jakiejś
spokojnej kawiarni. Może tej z kotami?
-Dobrze.
-Naprawdę
ci źle.
Jak
zwykle nie owijał w tanie słówka.
-Tak.
Nawet nie wiem gdzie się podział. Po prostu kiedy wróciłem z
delegacji jego rzeczy już nie było.
-Nie
zostawił ci żadnej wiadomości?
-Nic,
a nic. Nawet nie próbował się ze mną skontaktować.
-A
praca?
-W
poniedziałek kończy mi się urlop.
-Nareszcie
wrócisz do życia.
-Nie
chcę. Nawet nie wiesz jakie masz szczęście. Tylko ja jestem takim
kretynem i nie potrafię nikogo przy sobie zatrzymać.
-Przestań
tak w końcu mówić. Po prostu trafiasz na złych facetów. Tylko
nie wiem dlaczego Akira się tak zachował. Znamy się od
podstawówki. Zdrada była dla niego jedną z najgorszych rzeczy.
-Hipokryta.-prychnąłem.
Później
zeszliśmy z tematu. Zastanawiałem się, czy moje obecne poczucie
żalu, smutku i zdrady nie przeradza się w złość i nienawiść.
To prawda kiedy zobaczyłem go całującego się z tamtą dziewczyną
oprócz ogromnego bólu poczułem niewyobrażalną wściekłość. W
końcu to normalne, gdy ktoś łamie daną obietnicę. W domu
wywrzeszczałem mu wszystko. Jednak w nocy miałem samolot i nie
mogłem od razu tego załatwić. Gdybym wiedział, że zniknie...
Właściwie to nie wiem co bym zrobił. Nie byłem na to wszystko
przygotowany dlatego zacząłem topić wszystko w procentach.
-Myślę,
że zamiast parku powinniśmy od razu przeskoczyć do
kawiarni.-stwierdził chłopak patrząc w niebo.
Stalowo
szare chmury zaczęły się kłębić nad naszymi głowami. Szybko
znaleźliśmy niewielką kawiarnię o tej porze prawie pustą.
Jedynie dwa stoliki były zajęte przez parę w podeszłym wieku i
młodego, blondwłosego mężczyznę. Kolor jego włosów kojarzył
mi się z Suzukim. Wszystko w moim, do niedawna naszym, mieszkaniu mi
go przypominało. Poduszka na której spał. Jego ulubiona pokraczna
lampa w kształcie trójkąta o którą tak często się kłóciliśmy.
Pościel od YSL z wadliwym szwem, którą razem upolowaliśmy na
jakiejś przecenie. Długo mógłbym wymieniać kończąc na kubku i
ulubionej łyżeczce z białymi wzorkami. Może to były kolejne
powody dla których zabarykadowałem się w domu. Z blondyna
siedzącego nad telefon mój wzrok powrócił do dwójki starszych
ludzi. Byli uśmiechnięci. Rozmawiali cicho wpatrując się sobie w
oczy. Też tak kiedyś wyglądaliśmy? Czy wtedy też mnie
zdradzałeś? Czy nasze szczęście było tylko pozorem? Mgiełką z
perfum, widoczną przez kilka sekund, zostawiającą zapach, który i
tak potem zwietrzeje?
Ciszę
przerwał telefon szatyna.
-Halo?...
Tak. Czekaj.-odsunął urządzenie od ucha-Takanori pyta dlaczego nie
odbierasz telefonu.
Odruchowo
złapałem się za prawą kieszeń, jednak nic w niej nie znalazłem
poza kawałkiem chusteczki i granatowym guzikiem.
-Nie
mam.
-Mówi,
że nie wziął. Aha. Taka pyta gdzie trzymasz płyn do podłóg.
-W
toalecie. Najniższa szafka pod zlewem.
-Szafka
w kiblu. Okej. Pa.
Kiedy
wróciliśmy moje mieszkanie nie pachniało już jak przybytek dla
meneli, tylko jak sklep ze środkami czystości. Taka chyba zabił
każdą możliwą formę bakterii w obrębie tego apartamentu.
-Następnym
razem pamiętaj, żeby pocztę wyrzucać do kosza, ewentualnie do
jakiejś przeznaczonej na to szufladki, a nie pod lodówkę.-mruknął
chłopak, wskazując na kremową kopertkę leżącą na stole.
-Co?
Jaką pocztę?-zdziwiłem się zgarniając list.
Nie
był zamknięty. Nawet nie miał adresu i znaczka. Wyjąłem ze
środka karteczkę zapisaną koślawymi znaczkami.
Yutaka
kochanie nie wiem o co ci chodzi. Mam nadzieję, że na wyjeździe
przemyślisz wszystko i będziemy mogli na spokojnie porozmawiać. Na
jakiś czas zamieszkam u Namjoona daj znać jak ochłoniesz.
Kocham
cię Akira.
-Jak
to nie wie o co mi chodzi?!-wrzasnąłem, wpatrując się w papier.
-Co
się stało?-zapytał Shima, zaglądając mi przez ramię.
-Muszę
jechać do Kima.-powiedziałem, łapiąc za kluczyki od samochodu.
Nim
Matsumoto i Takashima zdążyli się zorientować, zbiegałem już po
schodach. Krzyczeli coś za mną ale byłem za daleko. Pewnie chcieli
mnie zatrzymać. Wsiadłem do samochodu po czym ruszyłem w stronę
centrum.
Władowałem
się w największy korek. Jak zwykle. Uderzyłem niecierpliwie w
kierownicę. Nie miałem telefonu, żeby chociaż do niego zadzwonić.
Właściwie to nie widziałem tego małego cholerstwa od dawna. Nie
był mi potrzebny, aż do teraz. Skąd tu tyle samochodów?! Koncert!
Czyli zapewne to próbowali mi wykrzyczeć. Zaparkowałem gdzieś na
uboczu po czym ruszyłem biegiem w stronę mieszkania Namjoona.
Biegłem szybko, prosto przed siebie. Oczy zaszły mi łzami. Co
jakiś czas na kogoś wpadałem. W końcu po raz pierwszy od tych
pieprzonych czternastu dni czułem, że w mojej piersi coś drgnęło.
Jeszcze tylko kawałek. Kilka zawszonych metrów. Jak burza wleciałem
do budynku, w którym mieszkał Kim. Ignorując windę wbiegłem po
schodach. Stojąc przed drzwiami i czekając, aż ktoś mi otworzy
czułem jak moje serce wali z szaloną prędkością. Oddech był
krótki i urywany. Płuca paliły mnie żywym ogniem, a w gardle
miałem pustynię. W końcu zamek drgnął. Otworzył mi wysoki,
szarowłosy chłopak.
-Yutaka.
-Po-powiedz
mi, że... że jest Aki..ra!-wydyszałem, łapiąc się za klatkę
piersiową.
-Jest.
Wejdź.
-Ktoś
przyszedł?-usłyszałem z głębi domu.
-W
sypialni.-podpowiedział Namjoon.
Nie
musiał tego mówić, gdyż w drzwiach to pokoju stanął Suzuki.
-Ty
skończony idioto!-wrzasnąłem, nacierając na niego-Normalni ludzie
czekają, a nie bawią się w jakieś zasranego listonosza
niespełnionego pisarza! Wiesz co przeżywałem?! Wiesz jak się
czułem?! Myślałem, że mnie dostawiłeś ty parszywa świnio! Że
okazałeś się być taki sam, a nawet gorszy niż Takamasa!
-Przecież
wszystko ci napisałem w tym liście.-mruknął zdziwiony.
-Który
Takanori znalazł dzisiaj pod lodówką! Nawet mimo tego, że się do
ciebie przez tak długi czas nie odzywałem ty nic z tym nie
zrobiłeś! Sam mógłbyś zadzwonić, czy przyjść do mnie!
-Uspokój
się. Wyjaśnię ci wszystko. Chodź.-pociągnął mnie za rękę w
stronę sypialni, zostawiając zdezorientowanego Kima w salonie.
Posadził
mnie na łóżku kucając naprzeciwko.
-Próbowałem
się do ciebie dodzwonić i to nie raz. Zawsze włączała się
skrzynka głosowa. Myślałem, że już mnie nie chcesz, że zrobiłem
coś nie tak. Dlatego próbowałem skontaktować się z Kouyou ale on
nawrzeszczał na mnie jak jeszcze mogę mieć czelność i próbować
z tobą porozmawiać po tym co zrobiłem. Tylko ja nie wiem za co
mnie tak linczujecie. Co zrobiłem źle?
Patrzyłem
na niego spod przymrużonych powiek.
-Zdradziłeś
mnie.-odparłem po chwili milczenia.
-O
czym ty mówisz? Niby kiedy? Gdzie? Z kim?
-Dzień
przed moim wyjazdem. Widziałem jak się obściskiwałeś z jakąś
dziewczyną. Jeśli ci się znudziłem i chciałeś założyć
normalną rodzinę wystarczyło powiedzieć.
Suzuki
poleciał do tylu, siadając na podłodze, po czym schował twarz w
dłoniach i zaczął kręcić głową.
-To
była moja przyjaciółka, którą znam od przedszkola. Załatwiłem
jej pracę w mojej firmie. Była po prostu szczęśliwa, dlatego tak
zareagowała. Emocje wzięły górę. Yutaka nigdy bym cię nie
zdradził. Obiecałem ci to. Nie jestem jak on.-klęknął, opierając
ręce na moich udach-Kocham cię.
Toczyłem
właśnie bitwę sam ze sobą. Jedna część, ta skrzywdzona mówiła,
żeby wstać i wyjść. Zakończyć to. Druga krzyczała, żeby mu
wybaczyć. Przecież go kochasz.
-Jesteś
największym tępakiem jakiego kiedykolwiek spotkałem.-mruknąłem,
zsuwając się prosto w jego ramiona.
-Wiem.
Przepraszam cię kochanie.
Złapał
moją twarz w dłonie, ścierając kciukami dwie słone ścieżki.
Pierwszy raz od dwóch tygodni uśmiechnąłem się szczerze. Nie był
to wymuszony grymas posyłany w stronę lustra. Pierwszy raz od dwóch
tygodni czułem jak jego obecność wypełnia pustkę w moim sercu,
reanimuje je i przywraca do życia. Pierwszy raz od dwóch tygodni
poczułem smak jego spierzchniętych warg smakujących moich.
-Jeśli
jeszcze raz coś takiego zrobisz wykastruję cię nożyczkami dla
dzieci.-mruknąłem, wtulając się w jego szyję.
Przełknął
głośno ślinę.
-Dobrze,
ty moja parszywa świnko. Skąd ci się to w ogóle wzięło?
-A
co wolałbyś parchaty wieprzu?
-Ograniczę
ci czas z Takanorim.
-Czyli
co happy end?
-Tak
nasz prywatny happy endzik.
-W
końcu!-usłyszeliśmy zza drzwi.
-Won
do Korei szpiegu za dychę! Weź tą złotą trójce ze
sobą!-wrzasnął Akira.
W
końcu nie spadł żaden deszcz, a chmury nad miastem powoli zaczęły
się przerzedzać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz