Wirus w tego roczne wakacje praktycznie cały czas w rozjazdach... Najpierw ze znajomymi na Mazurki, niedaleko Giżycka, jutro znów nad jezioro tym razem pod Augustów, a na koniec lipca żeby zbyt nudno nie było będę bawić się w farmera u wujka. Piszę z telefonu zdychając na kanapie, więc przepraszam za błędy ale poczułam obowiązek wytłumaczenia braku obecności na blogu... Kiedy wrócę planuję dokończyć one shota z jakże tajemniczą parą KxU sami się domyślcie o kogo może chodzić... Dodatkowo cały czas przyjmuję zamówienia, więc nie krępujcie się i piszcie.
***
Teraz moje doświadczenia.
Jako, że był to mój, jak i moich koleżanek, pierwszy taki sam wyjazd bez rodziców zapowiadało się ciekawie. Pobudka o 5 rano, ogarnięcie się w łazience, śniadanko i wyjazd, gdyż o 6:42 miałyśmy pociąg do Warszawy. Oczywiście, że ja to ja i pakowanie nie jest moją mocną stroną na dworcu stawiłam się z ciężką walizą wypchaną po brzegi. Po kilkunastu minutach zjawiły się również moje koleżanki, z czego Ola z walizką dwa razy taką jak moja (później okazało się, że to nasz ukochany dmuchany pączek i pompka zajęli większość miejsc). Pomijając resztę wsiadłyśmy do SKM i pojechałyśmy na dworzec wschodni. Tam z jednym małym nieprzyjemnym incydentem dokupiłyśmy bilety na przyjazd z Olsztyna do Giżycka i zaczęła się nasza podróż. Trasa Warszawa-Olsztyn minęła nam niezwykle miło i przyjemnie (nowy pociąg, miły konduktor itp.), tak do Giżycka nie było już tak kolorowo. Stary pociąg, tłum ludzi w przedziałach i na korytarzu. Nam akurat nie udało się wykupić miejsc w przedziale, więc również okupywałyśmy przejście. Kiedy już szczęśliwe zataszczyłyśmy walizki, okazało się, że mamy bilety na drugą klasę, a jesteśmy w pierwszej. Bardzo miła starsza pani zdążyła wystraszyć nas historią o dwóch chłopakach, którzy popełnili takie samo faux pas jak my i wlepiono im za to mandat. Jednak nie miałyśmy jak przejść, gdyż druga z pań (również bez miejsca siedzącego) powiedziała, że druga klasa jest zapełniona i nie ma jak przejść. Koniec końców pociąg miał 20 minut opóźnienia a nam upiekło się bez mandatów. Dalej wszystko poszło jak z górki. Przed dworcem czekała na nas taksówka, pojechałyśmy na szybkie zakupki spożywcze i prosto do domku.
Kolejny dzień spędziłyśmy na plaży. Trzeciego dnia miałyśmy we cztery jechać na zakupy, niestety okazało się, że Pana Arka, właściciela mającego pożyczyć nam jeszcze dwa rowery nie ma, dlatego pojechały tylko Klaudia i Natalka. Tymczasem ja z Olą pokręciłyśmy się po okolicy i zrobiłyśmy zdjęcia, czekając na spaghetti serwowane w restauracji dopiero od godziny 13:30. Kiedy już wróciłyśmy z naszej wycieczki krajoznawczo-rozpoznawczej dziewczyny już były. Wściekłe na górzystą trasę, kto by pomyślał, że 8 km tak je zmęczy.
Kolejne dni mijały nam w spokoju na robieniu rzeczy zwyklejszych (jedzeniu) i nie zwyklejszych (wymyślaniu nowych zastosowań dla pączka).
W tak zwanym międzyczasie na weekend wpadli rodzice Klaudii razem z jej młodszą siostrą. Popłynęliśmy motorówką do Giżycka, byliśmy w wesołym miasteczku. Nadmienię, że siedzenie na rufie, podczas gdy łódka pruję przez wodę 60 na godzinę to fantastyczne uczucie. Kiedy znowu zostałyśmy same trzy dni minęły nam jak z bicza strzelił i znowu trzeba było wracać do domu. Na szczęście tym razem miałyśmy o obydwu pociągach miejsca siedzące i obyło się bez większych wrażeń.
Podsumowując Wirus jest happy, koleżanki Wirusa również są happy i wszyscy ogólnie są happy.
Dorzucam kilka zdjęć z podróży i pobytu w Giżycku...