wtorek, 27 grudnia 2016

Perfect Christmas??

Cze zamiast życia Wirusa dostaniecie świątecznego shocika.
 Enjoy!

~~~

Kiedy perfekcyjne święta to dla ciebie ciepłe łóżko, wygodny dres, ulubiony kubek parującej kawy i bajki Disneya. 
Yoongi nigdy nie lubił świąt. Pośpiech, nerwy, wymuszone uśmiechy, nieszczere życzenia i ten niezręczny moment ich wręczania. Stoisz i gapisz się na rozmówcę, susząc zęby. Co z tego, że dostajesz skurczów twarzy. Co z tego, że wyglądasz jak byś reklamował pastę do zębów. Colgate max white one. Efekt wybielania już po pierwszym użyciu. 
Dlatego właśnie stwierdziłem, że to pierniczę. Nie jechałem z rodzicami i bratem do rodziny. Zakopywałem się pod błękitnym kocem ze wzorkiem rilakkumy, z kubkiem kawy i paczką ciasteczek z czekoladą. Telewizja nie próżnowała, zarzucając wszystkie kanały różnymi filmami animowanymi. Królewna Śnieżka, Ralf demolka, Artur ratuję gwiazdkę, Potwór w Paryżu. Czego dusza zapragnie. W tym roku nie chciałem zmieniać moich anty świąt. Niestety wszystko przekreśliła pewna ruda małpa. 
Był 20 grudnia. Ulice wręcz tonęły pod kilogramami świątecznego shitu. Ozdóbki na latarniach, światełka na balkonach i oknach, choineczki, bombeczki, wystawy w sklepach. Dorośli okupujący sklepy z zabawkami. Przyjaciele co rusz jęczący, że nie wiedzą co komu kupić i ja w tym ogólnym rozgardiaszu. Siedzący spokojnie z rękami założonymi pod głową.
Uśmiechnąłem się pod nosem widząc jak Namjoon załamuje ręce przeglądając stronę internetową z ubraniami. Szukał czegoś totally cute dla swojej księżniczki. Strona wręcz tonęła w bijebitnym różyku. 
-Oczy cię przypadkiem nie bolą?-zaśmiałem się.
-Siedź cicho.-warknął-Niektórzy muszą przechodzić przez to piekło. 
-Nie musisz. 
-Muszę jeśli chcę mieć wstęp do nieba. Lepiej powiedz, czy masz już prezent dla chłopaka, którego wylosowałeś hyung? Jak mu tam było Jemin. 
-Jimin. 
-Jeden pies. 
-Nie. Dam mu jakiś oklepany bon do empiku i tyle.
-Ehhh... Zero świątecznej magii. 
-Niech spadają. Najpierw każą nam integrować się z nowymi i jeszcze robią jakieś idiotyczne losowanie. Nie chcę być niczyim „Mikołajem”. Mam gdzieś to świąteczne gówno. 
-A idź.-machnął ręką młodszy-Lecę, umówiłem się z moją princessą.
-Pa. 
Kiedy tylko Nam zdążył zniknąć za drzwiami knajpy, usłyszałem za plecami irytujący głos. 
-Cześć hyung. 
Owa ruda małpa, której miałem być mikołajem stała za mną, szczerząc się od ucha do ucha. 
-Hej.-mruknąłem wstając od stolika i zgarniając w połowie pusty kubek z kawą. 
-Słyszałem waszą rozmowę. Naprawdę nie obchodzisz Bożego Narodzenia Yoongi hyung?
-To cię akurat nie powinno obchodzić. Dostaniesz swój prezent, o to możesz być spokojny. 
-Hyung święta to nie tylko prezenty. 
-Za dużo telewizji Jimin. Świat jest inny. 
-Jesteś pewny. 
-Owszem. 
-Daj mi tydzień. 
-Tydzień na co?
-Żebyś polubił święta. 
-Nie dzięki. 
-Pękasz?!-usłyszałem, kiedy stałem przy drzwiach. 
-Nie ze mną te numery młody.-mruknąłem, przygryzając słomkę. 
-No hyung!-pobiegł za mną-Co ci szkodzi?
-Dasz mi spokój jak się zgodzę?
-Tak.
-Stoi.-mruknąłem, wyciągając w jego stronę dłoń, którą po chwili uścisnął. 
Następnego dnia pożałowałem mojej decyzji. 
-Hyung idziemy dzisiaj do centrum.-powiedział rudowłosy stając przed moją ławką. 
-Po co?
-Chcę ci pokazać, że święta to nie tylko magia komercji. 
Kiedy skończyłem lekcje ruda małpa już czekała na mnie pod bramą. 
-Nie powiesz mi?
-To ma być niespodzianka hyung. 
Po 20 minutach ciszy dotarliśmy pod centrum handlowe. 
-O Jimin jesteś!-krzyknęła, szczupła brunetka, gdy stanęli przy dużej, ozdobionej choince. 
-Dzień dobry pani Lee. Przyprowadziłem zastępstwo.
-Świetnie. Idźcie się przebrać. 
-Czekaj co?!
Nikt nie raczył mi odpowiedzieć, zostałem jedynie pociągnięty za rękę w stronę wejścia dla pracowników. 
-Jimin co to jest?-zapytałem widząc otwartą szafkę, a w niej wiszący strój świętego mikołaja. 
-Kostium. Przebieraj się za jakieś dziesięć minut zaczynamy zmianę.-powiedział, zdejmując ubrania. 
-Nie będę się przy tobie przebierał.
-Tam masz łazienkę.-wskazał na jasno brązowe drzwi. 
Pominę fakt, że świecił sześciopakiem. 
-Co to?-podniosłem przedmiot, który wyglądał jak poduszka z doczepionym paskiem. 
-Brzuch. Pomóc ci założyć. 
Wiedząc, że tej walki nie wygram, zacząłem zdejmować kurtkę. Bez słowa wcisnąłem Parkowi poduszkę i odwróciłem się do niego tyłem.
-Wyglądasz dobrze.-mruknął rudy, kiedy byliśmy przebrani. 
-Zacznij lepiej szukać mojej godności, powinna być gdzieś na twoim poziomie. 
-W innej sytuacji bym się na ciebie zdenerwował ale są święta, wziąłem cię z zaskoczenia i jestem elfem. Siadaj.-popchnął mnie na wielki fotel, otoczony tandetnymi dekoracjami i ludźmi przebranymi za skrzaty i renifery. 
-Nie chcę tu być.-jęknąłem widząc rosnący tłum dzieci. 
-Za późno hyung. Zapraszam na kolana Mikołaja.-wyciągnął rękę w stronę małej dziewczynki, stojącej na przedzie kolejki. 
-Mikołaj!-dziewczynce zaświeciły się oczki. 
-Ho ho ho! Powiedz Mikołajowi co chciałabyś dostać.-mruknąłem. 
To, że ja nie obchodziłem świąt, nie oznaczało, że chciałem je psuć takiemu maluchowi. 
-Ja chciałabym nową lalkę królewnę, misia i skaczącego pieska. 
I tak przez najbliższą godzinę ja chcę szczeniaczka, króliczka, wyścigówkę. Daj mi to, daj mi tamto. Żadnego poproszę. Kiedy już traciłem wiarę w młodsze pokolenie, na moich kolanach zasiadł on. 
-Jak się nazywasz chłopczyku?
-Myungsoo. 
-Co chciałbyś dostać od Mikołaja. 
-Nie chce zadnych zabawek. Ja chciałbym tyko, zeby moi lodzice znowu lazem zamieskali w jednym domku i psestali na siebie kzyczec. 
Zatkało mnie. Niecodziennie mali chłopcy chcą, żeby ich rodzice znowu się zeszli. 
-Uhm... A nie chciałbyś samochodzika. 
-Nie.
-Dobrze, Mikołaj wysłuchał twojej prośby. Teraz musi przedyskutować to ze swoim elfem. 
-Dziekuje.-przytulił się do mnie. 
Przez resztę zmiany dręczył mnie ten mały. Nie zauważyłem nawet, kiedy na moich kolanach pojawiła się mokra plama, do brody zostały mi przyklejone landrynki, a jeden dzieciak prawie na mnie zwymiotował. 
-Proszę.-Pani Lee wręczyła nam dwie koperty-Dziękuję za ciężką pracę. Zwłaszcza tobie Yoongi. 
-Nie ma za co.-ukłoniłem się delikatnie. 
-I jak hyung? Czujesz to?
-Magię świąt?-zapytałem ze sztucznym uśmiechem.
Chłopak energicznie pokiwał głową. 
-Nie.-odpowiedziałem, opuszczając kąciki ust. 
Jimin westchnął przeciągle. 
-W takim razie jutro też nic nie planuj. 
-Nie będę znowu szurał mojej godności po podłodze. 
-Nie będziesz musiał znowu bawić się w przebieranki.
-Motywuje mnie tylko to, że za sześć dni będę miał cię z głowy na resztę życia. Lecę. Cześć. 
Nie zauważyłem wtedy ogników powoli gasnących w jego oczach. 
Następnego dnia Jimin znowu czekał na mnie przy bramie. 
-Masz strasznie czerwony nos.-stwierdziłem. 
-Wycierałem go przed chwilą. Chodźmy.
-Miało nie być przebieranek.-mruknąłem.
-I nie będzie. Muszę kupić ozdoby cukrowe i cynamon. 
-A okej. 
Weszliśmy do środka, wtedy w tłumie minęła mi znajoma czupryna. 
-Wiesz co idź po ozdoby, a ja znajdę cynamon.-ruszyłem przed siebie. 
-Przepraszam!-rzuciłem się w stronę kobiety, stojącej przy półce z przyprawami.
-Tak?
-Pani jest mamą Myungsoo?
-Tak. Czy coś się z nim stało?
-Nie, nie. Może to zabrzmieć dziwnie ale jestem Świętym Mikołajem. Nie takim prawdziwym!-dodałem szybko, machając rękami, kiedy zobaczyłem minę kobiety-Wczoraj była Pani z synem w centrum handlowym u Mikołaja. 
-Tak. 
-Po prostu zmartwiła mnie prośba Pani synka. 
-Jaka prośba? 
-Myungsoo chciał, żeby jego rodzice znowu zamieszkali razem i przestali się kłócić.
-Uhm... Posłuchaj dzieciaku, nie zaczęłam krzyczeć bo nie patrzy ci źle z oczu ale sądzę, że to nie twoja sprawa. 
-Doskonale o tym wiem. Ja już dawno bym uciekł na Pani miejscu. Po prostu nie da się łatwo zapomnieć takiego dziecka. Reszta chciała lalek, samochodów, telefonów, a on chciał tylko pełnej rodziny. 
-Dziękuję ci.-powiedziała po dłuższej chwili blondynka. 
-N-nie ma za co.-wymruczałem, kiedy oplotła mnie szczupłymi ramionami. 
-Jesteś dobrym dzieciakiem, jak na Mikołaja przystało.-uśmiechnęła się.
-Do widzenia. 
-Wesołych świąt. 
Zgarnąłem z półki cynamon. 
-Hyung!-usłyszałem krzyk Parka-Mam wszystko. Możemy już iść.
-Ta.-wrzuciłem opakowanie do koszyka. 
-Nie mówiłeś, że masz dziewczynę.-mruknął chłopak, nasuwając czapkę na uszy. 
Zaśmiałem się pod nosem. 
-Stara znajoma. Dosłownie. Ma męża i dziecko. 
-Oh. (od aut. Sehun xd)
-Gdzie idziemy?
-Do mnie. 
-Po co?
-Będziemy robić pierniczki. 
Zajekurwabiście. 
-Nie chcę ci niszczyć życia ale ja nie jestem cukiernikiem. 
-Nie musisz być. Pomożesz mi. 
I tak oto znaleźliśmy się w niewielkim mieszkanku Parka.
-Mieszkasz sam?-zapytałem zdejmując buty. 
-Nie z rodzicami i bratem. 
Wzięliśmy się za robotę. 
-Przesiej mąkę z proszkiem do pieczenia do miski. 
-Co?
-Wsyp mąkę do tego metalowego kubka z sitkiem na dnie, wsyp do niego proszek do pieczenia i to białe w torbie z napisem mąka i naciskaj rączkę, trzymając nad misą. 
-Nie traktuj mnie jak dziecka. Wiem co to mąka i proszek. 
-Wiesz nie podejrzewałem cię o to. 
I właśnie przez te słowa zacząłem przesiewać tą cholerną mąkę z proszkiem do pieczenia nad rudym łbem Jimina. 
-Ej! 
Przez ten zabieg na mojej twarzy wylądowały dwa jajka. 
-I jak fajnie?
-Zajebiście. Wiesz czego ci brakuję? Trochę wyraźnego smaku.-stwierdziłem sypiąc w na niego cynamon. 
-Dziękuję ci. Teraz czuję się taki wyraźny. Hyung już jesteś słodki ale sądzę, że więcej słodyczy nie zaszkodzi. 
Po chwili moje włosy lepiły się od miodu. Jednak i tak pomimo tego, że połowa składników wylądowała na nas, udało nam się upiec te cholerne ciastka. 
-Chcesz się umyć hyung. 
-Nie, moim marzeniem jest wyjść tak na ulicę i zobaczyć, czy uda mi się przykleić do zakazu parkowania. (od aut. Nie nie wiąże się to z PARKowaniem ani zakazem pedałowania)
-Zajebiste marzenie hyung! Pomóc ci je spełnić?
-Pokarz mi po prostu którędy do kibla. 
-Idź prosto i za 200 metrów skręć w prawo. Czysty ręcznik jest w szafce nad pralką. 
-Dzięki. 
Pominę część w której próbowałem zmyć z włosów miód, który bardzo się z nimi zespoił. 
-Jimin dasz mi jakieś ubrania?-zapytałem, wchodząc do jego pokoju.
-Mogą być dresy? Mają gumkę, więc nie powinny tak spadać. 
-Tak. 
Wręczył mi do ręki czarne dresy i szarą koszulkę. Zrzuciłem z siebie ręcznik, na co Park wciągnął ze świstem powietrze. 
-Czy to są...-spojrzał na moje krocze. 
-Bokserki z Myszką Mickey. Coś nie tak?
-Są śliczne! Kocham Disneya! 
-Czyli jednak nie masz, aż tak bardzo spaczonego gustu. Zwracam honor. 
-Spadaj. Pójdę się umyć i podprowadzę cię do domu. 
-Nie musisz. Mieszkam niedaleko. 
-Okej. Tylko poczekaj chwilę.-skierował się do kuchni. 
Wrzucił do różowego pojemnika kilkanaście pierniczków. 
-Smacznego hyung. 
-Dzięki młody.-poczochrałem go po włosach, jednocześnie jeszcze bardziej roztrzepując wszędzie mąkę-Cześć.
Wracałem do domu wpatrując się w spadające płatki śniegu. Może i nie polubię świąt ale za to Jimina tak. 
Trzeciego dnia wydawało mi się, że rudzielec zaczął dziwnie mówić. 
-Jimin dobrze się czujesz?
-Tak hyung. Perfekcyjnie. 
-Gdzie dzisiaj idziemy. 
-Pomóc w domu opieki. Ubrać choinkę, pogadać z seniorami, takie sprawy. 
-Robisz to co roku?
-Tak. To fajne widzieć uśmiech na twarzach tych ludzi. 
Park nie był typowym pierwszakiem, jak na początku myślałem. W domu opieki wszyscy starsi ludzie powitali chłopaka z szeroko otwartymi ramionami. 
-A któż to?-zapytała jedna z kobiet. 
-To jest mój hyung ze szkoły Yoongi. 
-Dzień dobry.-przywitałem się. 
Zaczęło się podszczypywanie i to nie tylko policzków. 
-Przystojniaczek z ciebie. 
-Przypominasz mi mojego wnuczka. 
-Jaki chudziutki.
-Teraz im nie uciekniesz.-zaśmiał się Jimin. 
Zabawa z choinką, łącznie z przytaszczeniem ozdób z piwnicy zajęła nam około dwie godziny. Obyło się ze stosunkowo małą liczbą obrażeń, najwięcej ich powstało podczas rozplątywania światełek i łańcuchów. 
-Ciągnij w lewo!
-Nie ciągnij, bo popsujesz!
-Yoongi wstań z tej ziemi jeszcze srebrny łańcuch!
-Nie, nie nie to w lewo. 
-Jimin ośle to się zaraz zbije. 
Jednak daliśmy radę. Za co zostaliśmy nagrodzeni herbatą z ciasteczkami. 
-Zgrani z was przyjaciele.-powiedziała pani Kim, klepiąc mnie po ramieniu-Nawet Sungilowi się podobało, a on nienawidzi świąt.
-Dlaczego?
-Bo to głupie i niedorzeczne!-usłyszałem skrzekliwy głos za plecami-Udawać miłego dla całego świata, składać sobie przereklamowane życzenia, a i tak każdy chcę tylko dostać jakiś drogi prezent. Rzuciłem to już wieki temu i jest mi z tym dobrze! Zero świąt! 
-Kiedyś bardzo lubił święta ale później zmarła mu żona i stwierdził, że nie chcę ich już obchodzić. Po kilku latach namawiania go córka też dała sobie spokój i został sam. Twierdzi, że mu dobrze ale to nieprawda. Ten smutek aż czuć. 
Przypatrzyłem się staruszkowi siedzącemu w fotelu. 
-To straszne.-stwierdził Jimin. 
Może niedługo i ja tak skończę? Całkiem sam? Ale czy mi to przeszkadza?
Przecież telewizja, kubek i koc mi wystarczają. Wstałem od stołu.
-Gdzie idziesz hyung?
-Muszę się o czymś przekonać ChimChim. 
Podszedłem do Pana Sunga.
-Można?-wskazałem na fotel obok.
-Siadaj. Albo bardzo lubisz święta, albo Jimina, że tutaj wylądowałeś.-powiedział mężczyzna. 
-Szczerze to nienawidzę świąt i od kilku lat ich nie obchodzę. 
-Więc co tutaj robisz?  
-Jimin mnie tu przyprowadził. Powiedział, że dzięki niemu znowu polubię święta. 
-I co synu lubisz?
-Nie. 
Staruszek zaśmiał się pod nosem. 
-Nie idź moją drogą. Ja odtrąciłem tych, którzy chcieli mi pomóc i teraz jestem sam. 
-Przecież ma Pan współlokatorów. 
-Wiesz jak to jest, urażona duma nie pozwala mi się przyznać do porażki. 
-Mi się Pan przyznał. 
-To w ramach przestrogi. Złap rękę tego chłopaka i pozwól mu się wyciągnąć ku górze.-siwowłosy wstał, po czym po prostu odszedł, zostawiając mnie skonsternowanego w granatowym fotelu. 
-Yoongi hyung.-podskoczyłem, czując ciepłą dłoń na ramieniu. 
-Jimin potrzebuję kogoś, kto tu pracuję i nie jest biurokratą ściśle trzymającym się zasad. 
-Jest Soomin. Coś się stało?
-Ty się stałeś. Zaprowadź mnie do niej. 
Moja dłoń znalazła się w ciepłym uścisku. 
-Masz strasznie zimne ręce hyung. 
-A ty ciepłe i się nie czepiam. 
-Soo noona!-krzyknął Park, widząc niską brunetkę na końcu korytarza. 
-Coś się stało Jimin-ah?
-Yoongi ma do ciebie sprawę. 
-Słucham. 
-Dysponuje Pani numerem do córki pana Sungila?
-Tak. 
-Czy mógłbym go zobaczyć?
-Nie mogę udzielać takich poufnych danych.-rozejrzała się, po czym wciągnęła nas do pobliskiego gabineciku-Chyba, że mi powiesz po co. 
-Chcę pokazać komuś, że można naprawiać błędy i nie należy udawać silniejszego niż się jest. 
-Wykręcę ci numer z służbowego.-mruknęła kobieta. 
Po chwili ściskałem słuchawkę telefonu w dłoni. Po czterech sygnałach po drugiej stronie usłyszałem głos. 
-Halo? Czy coś się stało z moim tatą?
-Dzień dobry z tej strony Min Yoongi Pani tata jest zdrowy, jednak myślę, że powinna Pani do niego przyjechać. 
-Po co skoro wszystko z nim w porządku?
-Bo nikt nie powinien być sam, zwłaszcza w święta. 
-Mój tata od dobrych dziesięciu lat nie obchodzi Bożego Narodzenia. 
-Dlatego po tak długiej przerwie to najlepszy czas by ponownie zaczął. Jego duma po prostu nie pozwala mu wyciągnąć ręki, niech Pani będzie mądrzejsza i to zrobi. 
-Przepraszam ale nie mam czasu na takie rozmowy pracuję. Żegnam. 
-I jak?-zapytała szatynka. 
-Rozłączyła się. Jimin dobrze się czujesz?-podszedłem do dziwnie czerwonego chłopaka-Jesteś rozpalony!-stwierdziłem, przykładając dłoń do jego czoła. 
-Nic, nic mi nie jest.-mruknął. 
-Na mistrza w kłamaniu nie startuj bo przegrasz. Dziękuję za udostępnienie telefonu. Musimy już iść. Dasz radę Chim?
-Tak. Czuję się dobrze. 
-Yhym. 
Pożegnaliśmy się z mieszkańcami domu, po czym wyszliśmy. Kiedy byliśmy mniej więcej w połowie drogi Jimin zaczął się lekko chwiać, przez co musiał podtrzymać się latarni. 
-Jimin?
-Jest ok-kej.-mruknął.
Miał zamglony wzrok i coraz wyraźniejsze rumieńce na policzkach. 
-Akurat. Wskakuj.-powiedziałem odwracając się do niego tyłem. 
-Dam radę iść. 
-Nie denerwuj mnie! Jeszcze bardziej niż świąt nienawidzę kłamców. 
Młodszy nieporadnie wgramolił się na moje plecy i po chwili najzwyczajniej w świecie zasnął. 
-A mi wypominają, że dam radę zawsze i wszędzie spać.-mamrotałem, wciskając guzik domofonu nosem. 
Żeby ten bachor był w domu?
-Tak?
Jest!
-Kookie zejdź na dół i mi pomóż. 
-Coś się stało hyung?
-Nie zadawaj głupich pytań i na jednej nodzę masz mi tu przyleźć?
-Ale szybciej będzie na dwóch. 
-Jeongguk!
Po chwili mała menda, zwana moim młodszym bratem wpuściła mnie na klatkę. 
-Kto to?
-Kolega. Zaciśnij windę. 
-Już jest. Mama będzie zła, że jej nie powiedziałeś o chłopaku.
-To nie jest mój chłopak mała cholero! A chlapnij chociaż sylabę przy matce to już więcej nie będziesz nocował u Taehyunga! 
Młodszy zmróżył oczy, po czym otworzył mi drzwi do mieszkania. 
-Cześć synkuuu?
-Hej mamo. To Jimin, długa historia. Jest chory, mamy coś na przeziębienie?
-Tak. Połóż go  do łóżka, zaraz ci przyniosę. 
-Jimin?!-usłyszałem krzyk Taehyunga-Co mu zrobiłeś?!
-Nie drzyj się tak.-warknąłem-Na razie nic.
Zdjąłem chłopakowi kurtkę i buty, po czym przebrałem go w dresy. 
-Czyli to na ciebie czekał te dwie godziny. 
-Co?
-No kończymy dwie godziny wcześniej niż wy. 
-Nie mów, że ten idiota stał pod tą głupią bramą przez dwie w mordę bite godziny.
-No dobrze nie powiem, bo nie sterczał. Nie chciał siedzieć w szkole to mnie odprowadzał i sterczał godzinę, a nie dwie. 
-Obydwoje jesteście głupi. Masz numer do jego rodziców?
-Tak. 
-To daj im znać, że ten małpiszon jest w dobrych rękach, żeby się nie martwili. 
-Okey dokey. 
-I zejdźcie mi dwaj z oczu. 
Mamrocząc pod nosem dwa gluty opuściły mój pokój. Po chwili mama przyniosła lekarstwa, którymi musiałem nafaszerować Jimina. 
-Naprawdę hyung to miłe, że się o mnie troszczysz ale już pójdę. Mama pewnie już panikuje. 
-Twoi rodzice wiedzą gdzie jesteś, Tae do nich pisał. Powinieneś leżeć. 
Chwała producentom, że Vicks sinex miał działanie usypiające i nie musiałem długo dyskutować z Jiminem. 
-Mamo jak się rozkłada kanapę w salonie?
-Zapytaj ojca. Jednak myślę, że powinieneś zostać z Jiminem w pokoju, na wszelki wypadek, poza tym w nocy będzie musiał wziąć leki. 
-A jak mnie zarazi?
-Nie chorowałeś od podstawówki, nawet grypa, którą sprzedał nam Kookie w zeszłym miesiącu cię nie dorwała. 
-Fakt. Dobranoc. 
-Pchły na noc. 
Tej nocy zrozumiałem dlaczego przysięga się być w zdrowi i w chorobie i szczerze współczułem osobą, które ta przysięga obejmowała. Jimin budził się co dwie godziny, do tego miał zatkany nos, oddychał przez usta i marudził przez sen. Od czwartej do wpół do piątej musiałem siedzieć z rękoma przyłożonymi do jego twarzy. 
-Mówiłem już, że masz takie zajebiście zimne dłonie.-mamrotał, półprzytomny Chim.  
O szóstej trzydzieści sześć myślałem, że zostanę żywcem pogrzebany w zasmarkanych chusteczkach. Za to o siódmej zero dwa chciałem udusić młodszego poduszką i ukrócić nasze męki. Przynajmniej tyle dobrze, że była sobota. 
-Jak się czujesz?-zapytałem, stawiając ciepłą herbatę na etażerce, zawalonej pod stertą lekarstw. 
-Chujowo.-mruknął rudzielec przez nos-Przepraszam, że nie mogłeś się wyspać. 
-Nic się nie stało. Jak mogłeś być tak lekkomyślny i sterczeć tyle przed szkołą, czekając na mnie?
-Po prostu, zależało mi, żeby pokazać ci jak fajne są święta. 
-Jesteś głupi. Wypij herbatę póki jest ciepła. 
Właściwie to całą sobotę i pół niedzieli spędziłem na niańczeniu Jimina. Zdążyliśmy się lepiej poznać. 
-Dlaczego tak się uparłeś, żeby nie obchodzić świąt?-zapytał w końcu, kiedy Piękną i Bestię przerwały reklamy. 
-Po prostu przestałem to czuć i miałem dosyć świątecznej niestrawności. Kochajmy się wszyscy, składajmy sobie życzenia, kupujmy prezenty. Święta po prostu straciły to coś. Tę radość. 
-To ty ją straciłeś. Nie jesteś bezuczuciową skałą hyung. Przecież pomogłeś temu dzieciakowi ze sklepu, chciałeś pogodzić Pana Sungila z rodziną, poświęciłeś mi czas. 
-Jesteś chory, to chyba logiczne. 
-Nie o to mi chodzi. Zgodziłeś się na to wszystko co wymyśliłem. Przyznaj polubiłeś święta. 
-Nie. Właśnie w tym rzecz. Cały czas są dla mnie nic nie warte. Nie będę ich nagle obchodził bo porozmawiałem z jakąś babką w markecie i zawracałem tyłek córce jakiegoś staruszka. Nic nie zrobiłem. Po prostu zapełniłeś mi wolny czas. Co robisz?
-Będę się już zbierał. Pojutrze w szkole będą uroczystości. Muszę wyzdrowieć. Dzięki, że się mną zająłeś, najwyraźniej zmarnowaliśmy tylko czas. Cześć. 
-Jimin.-chwyciłem go za rękę. 
-Nie. To nie ma sensu. Twoje serce jest tak zimne jak twoje dłonie.-wyrwał się-Pa. 
Usłyszałem trzaśnięcie drzwi. 
-Jebać to wszystko.-mruknąłem, strącając z biurka małą choineczkę, którą jak zwykle nieostrzeżenie postawiła mama. 
Skończyłem oglądać film. Jednak ten cholerny pierwszoklasista siedział w mojej głowie. 
Po co ci święta Yoon? Przecież to tylko kolejny głupi dzień w kalendarzu. 
Nikomu nie pomogłeś. 
Zmarnowałeś czas. 
Musisz naprawdę lubić Jimina. 
Zostaniesz sam, sam... SAM. 
-Yoongi!-z rozmyślań wyrwał mnie głos mamy. 
-Jimin już poszedł?
-Tak. Musiał wracać do domu.
Tej nocy również nie przespałem spokojnie. Było mi zimno. Smutno. Dziwnie. Źle. Lekcje minęły mi spokojnie, na wpatrywaniu się w okno i przysypianiu. Kiedy opuściłem budynek szkoły, odruchowo spojrzałem w kierunku bramy. No tak. ON już nie będzie czekał. I bardzo dobrze. Marnowałby tylko czas. Ciekawe czy już czuję się lepiej? Nie widziałem go w szkole. 
-Yoon idziesz z nami na piwo?-poczułem rękę na ramieniu. 
Jednak ta była większa, zimniejsza, cięższa...
-Tak. 
-I co kupiłeś już temu pierwszakowi prezent. 
O chuj!
-Jeszcze nie. Zajdę do Empiku jak będę wracał.
Blondyn kiwnął głową.
-Ja już na szczęście znalazłem prezent idealny dla mojej królewny. 
-Różowy zamek z służbą w zestawie?
-Nie. 
Wyciągnął zza pazuchy liliowe pudełeczko, w którym był mały wisiorek w kształcie skrzydeł. 
-W środku jest nasze zdjęcie i wygrawerowany napis. 
-I co myślisz, że to mu wystarczy? Bardziej pewnie spodziewałby się nowej garderoby wyposażonej w Diora, Chanel i Gucciego. 
-Yoon tu chodzi nie chodzi o wielkość, czy stan zadłużenia jaki wywoła ten prezent. Tu chodzi o sam symbolikę i uczucia w niego włożone. Za bardzo skupiasz się na przyziemnych sprawach. Święta to nie ozdoby i prezenty, tylko ludzie, którzy tworzą tą wyjątkową atmosferę. 
Wpatrywałem się w przyjaciela z przymrużonymi oczami.
-Dzięki stary.-cmoknąłem go w głowę, zrywając się z miejsca. 
-Ale za co?!
-Za święta!
Ruszyłem pędem w stronę sklepu z rzeczami Disneya. Po drodze zaczął dzwonić mój telefon. 
-Halo?
-Cześć Yoongi z tej strony Soomin. 
-Cześć noona. 
-Dzwonię tylko, żeby przekazać ci podziękowania od Pana Kyungila. Dzisiaj jego córka przyjechała i zabrała go do domu na święta. 
-Miło mi to słyszeć. Przepraszam noona ale śpieszę się w jedno miejsce. 
-Rozumiem. Cześć. 
Wpadłem do sklepu, dziesięć minut przed zamknięciem. Powiem szczerze, że to były chyba najszybsze zakupy w moim życiu. 
-Zapakować?-zapytała sprzedawczyni. 
-Poproszę. 
-Mikołaj!-rozległ się krzyk, po czym poczułem jak coś z impetem wpada na moje nogi.
-Uhm nie jestem Mikołajem mały.
-Jesteś! Splawiłeś, ze moi lodzice są lazem. Dziekuje ci!
Uśmiechnąłem się szeroko. 
-Tylko zachowaj to w tajemnicy. Dobrze?
-Tak. Nikomu ani slowa!
-Myungsoo wracaj!-usłyszałem męski krzyk-Kochanie tu jest! Najmocniej przepraszam za syna. 
-Nic się nie stało. 
-Oh! To ty!-powiedziała znajoma mi blondynka.
-Dobry wieczór. 
-Kochanie to ten chłopak, o którym ci mówiłam.
Mężczyzna zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym uścisnął moją dłoń. 
-Dzięki tobie znowu jesteśmy rodziną, dziękuję ci.
-Nie ma za co.-mruknąłem speszony. 
-Pański prezent. 
Polubiłem Jimina, on lubił święta, więc i ja mimochodem zacząłem je lubić. 
Następnego dnia, odbyły się standardowe formalne uroczystości. Składanie życzeń, chór i dawanie sobie prezentów. Stałem z boku ukryty w cieniu jednej z kolumn. Skąd miałem idealny widok na Jimina, który na początku rozglądał się po sali, jednak później jakby oklapł i stał wpatrując się w okno. 
-Miałeś nadzieję, że nie przyjdę?-mruknąłem stając za nim. 
Ręcę oparłem na jego ramionach w taki sposób, że zgrabnie opakowany prezent był prosto przed jego oczami. 
-Tak. 
Uśmiechnąłem się pod nosem. 
-Chodź zabiorę cię gdzieś.-złapałem jego dłoń, po czym pociągnąłem w stronę wyjścia. 
-Gdzie? Nie chcę nigdzie z tobą iść!
-Nie marudź to niespodzianka. 
Skierowaliśmy się do szatni, gdzie dodatkowo owinąłem go moim szalikiem. Po czym ruszyliśmy w stronę...
-Mcdonald? Świątecznie nie powiem. 
-Nie musimy siedzieć na jakiejś nudnej pseudo uroczystości.-mruknąłem, przepuszczając chłopaka w drzwiach. 
Zamówiliśmy jedzenie, po czym usiedliśmy przy stoliku w rogu sali. 
-Wiem, że jesteś na mnie zły i wcale ci się nie dziwię. Jednak chciałem ci podziękować. 
-Przecież nie masz za co nic nie zrobiłem. 
Przesiadłem się na miejsce obok rudowłosego. 
-Sprawiłeś coś co normalnie robiły trzy duchy*. Taki zgred jak ja polubił Boże Narodzenie. Dziękuję ci ChimChim. 
-N-naprawdę? Nie żartujesz sobie ze mnie?!
-Nie. 
-To cudownie!-chłopak rzucił mi się w objęcia-Właśnie. Też coś dla ciebie mam.
Wygrzebał z torby niewielką torebeczkę. 
-Dziękuję. 
Park wziął się za rozrywanie prezentu. 
-Kupiłeś mi te cudowne bokserki i pluszaka Daisy!
-Widziałem, że Donalda już miałeś.
-Są cudowne dziękuję. Otwórz swój. 
Rozerwałem tasiemkę na torebce. Po czym wyjąłem komplet skarpetek z postaciami Disneya. 
-Będą mi pasować do gaci. Dziękuję. 
Dzięki Jiminowi powróciła moja wiara w święta, które tego roku były magiczne. W drugi dzień świąt zapukałem w drzwi mieszkania Państwa Park. Otworzył mi nie kto inny jak Jimin. 
-Pod jemiołom szczęście gości fa la la la la la la.-zanuciłem, wyciągając w górę rękę, w której ściskałem zielsko. 
Chłopak nie za bardzo wiedział co zrobić. Dlatego mu pomogłem przyciągając do siebie i łącząc nasze usta w wyjątkowo czułym i smakującym cynamonem pocałunku. 
-Wpadniesz do mnie na seans?-mruknąłem, odrywając się od niego i wskazując na Krainę Lodu-I przy okazji na resztę życia?
-Chętnie hyung. 

piątek, 16 grudnia 2016

Yaaah!

Szczerze to nie wiem jak do was dotrzeć... Staram się, wyświetlenia rosną ale komentarzy nie przybywa. O czym chcielibyście poczytać?? Dłuższe opowiadania, one shoty, moda, kuchnia, uroda, może jakaś filozofia?? Fajnie by było zobaczyć w końcu jakieś komentarze. To naprawdę motywuje do prowadzeniabtego sajgonu na kółkach. Jutro wrzucę zapychacz w postaci Jaj wygląda (nie)normalna sobota Wirusa. Zapraszam

niedziela, 20 listopada 2016

Because I love you

Mógł do niego zadzwonić w każdej chwili. W dzień, w nocy i o północy. Pomagał mu jak tylko mógł. Czy to z popsutym zlewem, snieżącym telewizorem, przyjeżdżał, kiedy uciekł mu ostatni autobus, pocieszyć, gdy miał gorszy dzień. Spędzał z nią czas w momentach samotności i nigdy nie oczekiwał niczego w zamian. Taehyung często zastanawiał się "Dlaczego?".
Pewnego słonecznego dnia klimatyzacja w mieszkaniu chłopaka chyba postanowiła pomóc mu w znalezieniu odpowiedzi na pytanie. Mimo prawie trzydziestostopniowego upału na dworze w apartamencie V nie dało się wytrzymać bez puchatego swetra czy grubej bluzy. Blondyn po pięciu próbach dodzwonienia się do serwisu w końcu dał sobie spokój. Nacisnął zieloną słuchawkę, przy kontakcie figurującym na pierwszym miejscu listy jego ulubionych. Po trzech sygnałach po drugiej stronie rozległ się męski głos.
-Tak?
-Kookie jesteś zajęty?-zapytał siląc się na uroczy głosik, przypominający smutną ośmiolatkę.
W rzeczywistości dźwięk, który z siebie wydał był o kilka oktaw niższy.
-Dla ciebie zawsze wolny hyung. Coś się stało?
-Bo jak dzwonię to zawsze musi się coś dziać? Może chciałem tylko usłyszeć słodki głosik mojego kochanego dongsaenga? Nie pomyślałeś o tym?! Co?!-powiedział z wyrzutem.
-No dobrze. Przepraszam. O co chodzi?
-Miałeś rację. Klimatyzacja mi się popsuła.
-Wychodzi, że zawsze mam rację. Naucz się w końcu. Coś odpadło czy ot tak nie działa?
-Jakiś kabel dynda przy panelu sterowania.
-Wiesz co, wyślij mi zdjęcie. Tak będzie łatwiej.
Tae wszedł w opcje szybkiej wiadomości. Po chwili Jeon otrzymał zdjęcie.
-Z tego co widzę to na szczęście przerwał się tylko jeden kabelek bez żadnych większych uszkodzeń. Zajdę do elektrycznego i za 15 minut u ciebie będę.
-Dzięki
-Nie ma za co ale jeszcze nie naprawiłem ci prywatnej Antarktydy.
Kim westchnął słysząc niezbyt zabawny żart przyjaciela.
-Nieważne. Po prostu przemilcz mój brak poczucia humoru. Lecę.
Rozłączył się.
-Tylko uważaj na druty.-mruknął blondyn.
Po niecałych 20 minutach wysoki szatyn majstrował przy klimatyzacji.
-Zrobione. Możesz już zdjąć ten koc hyung.
-A co? Źle w nim wyglądam?
-Zważając na to, że mamy środek lata, a warunki klimatyczne panujące za oknem są iście tropikalne to tak. Wyglądasz idiotycznie.
-Kookie dlaczego tu jesteś?
-To dosyć skomplikowane filozoficzne pytanie, a może biologiczne. No wiesz, kiedy mamusia i tatuś bardzo mocno się kochają...
-Nie to głupku! Zawsze, kiedy cię potrzebuję, ty jesteś i nigdy nie chcesz nic w zamian. Czasem czuję się jakbym cię wykorzystywał.
-Spokojnie Tae nie czuję się wykorzystany. Po prostu miłość nie oczekuje wynagrodzenia.-powiedział zakładając buty (od autorki tak, tak, tak żółte Timbery ( ͡↑ ͜ʖ ͡↑) ) -Nie przezięb się, a jakby coś się działo to dzwoń. Cześć hyung.
I wyszedł zostawiając chłopaka, zawiniętego w różowy kocyk, stojącego przy panelu sterującym klimatyzacją.
-W sumie to dobrE, że się popsułeś.-mruknął w stronę urządzenia, zrzucając nakrycie.
~~~
Wirus robi kombek! Mały one shot, który jest tak naprawdę moją pracą z polskiego ^^ yes, yes, yes Hymn o miłości św. Pawła. Kocham. Mam nadzieję, że nie ma zbyt wielu błędów, ponieważ pisałam na tablecie (a jego nie kocham). Enjoy!

niedziela, 9 października 2016

Writer 1

Nadciągam z nową serią. Miał być co prawda one shot ale stwierdziłam, że może mi się udać zrobić z tego niezłe kilku częściowe opowiadanie. Mam nadzieję, że w końcu ktoś napiszę chociaż kropeczkę. przyjmuję zamówienia i liczę, że czas pozwoli mi na wrzucenie niebawem kolejnej części. 
Osobiście szkoła mnie zabija ponieważ mój terminarz wypełniają kartkówki, sprawdziany i próby do sztuki. 
Nie przedłużając już... Miłego czytania!

***

Matsumoto Takanori człowiek opisujący swoje życie.

Pisałem odkąd pamiętam. Już jako małe dziecko z podstawówki gryzmoliłem coś w niewielkim notesiku. Z kwaśnym uśmiechem wspominam te pierwsze krzywo postawione znaki. Najpierw opisywałem jakieś bzdurne rzeczy, które mnie otaczały. Opiewałem ich piękno. Później dorosłem. Niektórzy widząc moje dzieła z okresu nastoletniego buntu mogliby pomyśleć, że autor choruje na depresje i zasięga pomocy specjalistów. Idioci. Ślepo zapatrzeni w rasę ludzką i piękno stworzenia. Ja po prostu opisywałem moje uczucia, pogląd na świat, pogardę dla społeczeństwa... Mój talent zawiódł mnie na dziennikarstwo. Przecząc słowom wielu ludzi jako humanista z dyplomem nie zasiliłem szeregów Mcdonalda. Powolnymi, bolesnymi kroczkami dobiłem się do własnej rubryki w gazecie, kilku tomów powieści obciążających sklepowe półki i własnej marki. Mimo, iż odczuwałem dumę widząc swoje nazwisko w witrynie księgarni, czy w niektórych pismakach, nie wiodłem jakiegoś arcyciekawego życia.
Normalny facet w moim wieku zmaga się z żoną, dzieckiem (przy dobrych wiatrach dwójką) i kredytem na samochód. Ja jestem wszędzie i nigdzie zarazem. Na głowie siedzi mi jedynie ukochany pies i brat szukający schronienia przed ukochaną. Gej po trzydziestce nie jest bardzo chodliwym produktem. Popyt spada, zapotrzebowanie na towar maleje.
Westchnąłem znad filiżanki vanilla latte, wpatrując się w ekran laptopa. Jakby czekając, aż tekst potroi swoją objętość zapełniając puste strony. Poprawiłem stylowe okulary od Diora. Ehh... Czego nie zrobią projektanci, żeby dostać dobrą recenzję. Takie drobne prezenciki są w tym biznesie na porządku dziennym. W końcu trzeba mieć renomę w Vogueu, a ja miałem w zwyczaju pisać prawdę, wykorzystując szeroki wachlarz słów.
Reasumując w nowa kolekcja Gucciego prezentuje się dosyć nędznie, zważając na przekolorowanie i tandetne dodatki z motywami folklorystycznymi. Projektant przekroczył cienką granicę między ubarwieniem stylizacji, a zrobieniem z niej kiczu.
Usatysfakcjonowany zapisałem dokument i zamknąłem notebooka. Nie lubiłem kłamać. Schowałem narzędzie pracy do torby, po czym powróciłem do kawy. Powędrowałem znudzonym wzrokiem po kawiarni. Rudowłosy barista rzucający zmęczone spojrzenie kucharzowi, wysoka czarnowłosa kelnerka, gawędząca ze stałym klientem. Nic ciekawego. Przywołałem jednego z kelnerów ruchem dłoni.
-Rachunek poproszę.-mruknąłem, sięgając po portfel.
Po chwili przede mną wylądowała mała skórzana książeczka, do której włożyłem należną sumę i napiwek. Pożegnawszy się z baristą skinieniem głowy, opuściłem lokal. Wbiłem się w tłum i skierowałem w stronę apartamentowca. Mojego skromnego miejsca zamieszkania. Recenzję miałem wysłać do jutra, więc na razie byłem wolny. Może by tak posłuchać Kaolu i w końcu założyć konto na jakimś portalu? Parsknąłem śmiechem. Znając moje szczęście trafię na dwudziestolatka z nadmiarem libido, albo poznam przemiłego staruszka z gąbką między nogami. Chyba moje poprzednie doświadczenia spaczyły mi pojęcie o randkowaniu. Przekroczyłem próg mieszkania. Przywitało mnie wesołe szczekanie mojego kochanego malucha.
-Stęskniłeś się? Pewnie chcesz iść na spacer?
Odstawiłem torbę i złapałem czarną automatyczną smycz. Krążąc uliczkami niewielkiego parku obok mojego domu, przyglądałem się ludziom, powoli wypalając papierosa. Większość inspiracji do książek i artykułów czerpałem patrząc na zwykłe szare osoby, czy wysłuchując ich historii. Dobry dziennikarz musi umieć słuchać ale też z tym nie przesadzajmy. Słuchaj, kiedy trzeba i nie daj się zwariować. Słowa mojego senseia z uniwerka wracały zawsze. Staruszek chyba miał odpowiedź na każdą sytuację realną i wziętą z kosmosu.
-Koron!-krzyknąłem, widząc jak pies przymierza się do wejścia w krzaczory-Nawet o tym nie myśl.
Jeszcze by mi pająków i kleszczy naznosił. Ochydztwo. Nigdy nie rozumiałem ludzi lubiących te małe potwory. Są niehigieniczne, roznoszą zarazy i zawsze kiedy myślisz, że już się ich pozbyłeś one wracają z dziesięciokrotnie większą liczbą, wypełzając spod twojej szafy, czy zza biurka. Atakują zawsze, kiedy się tego najmniej spodziewasz.
Weźmy sobie za przykład sytuację z zeszłego wtorku. Twój budzi dzwoni równiutko o 7:30. Próbujesz zniszczyć go cegłą ale przypominasz sobie, że swoją starą Nokię wyrzuciłeś jakieś 15 lat temu. Dlatego wstajesz pełen życia, chcesz spokojnie wyjść z łóżka po kubeczek gorącej, aromatycznej kawy, a tu nagle przez środek twojego pokoju przełazi wielki, czarny kłak z ośmioma odnóżami. Pobudka lepsza niż dziesięć kaw i dwa kubły zimnej wody. Oczywiście drodzy przyjaciele mają cię w głębokim poważaniu, czy ta włochata bestia potraktuje cię jak śniadanie i zajęci są jedynie swoim snem.
-No ale Yuu to cholerstwo żyje! Jest wielkości mojego psa!-pisnąłem w słuchawkę.
100% męstwa, testosteron wyczuwalny w powietrzu jest tak gęsty, że da się go kroić nożem.
-Przyjacielu!
-Mam nadzieję, że was obydwu to cholerstwo zje.-po czym usłyszałem w słuchawce jedno, cholerne piknięcie.
Rozłączył się.
Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie. Przez dobre piętnaście minut nie mogłem opuścić łóżka i starałem się trafić czymkolwiek w tę małą zarazę. Budzik poszedł rzecz jasna na pierwszy ogień. Jednak w końcu czym jest bitwa bez strat? W końcu udało mi się rozpłaszczyć pająka stylowym klapeczkiem od Quick-silvera.
-Koron!-warknąłem po raz setny-Masz szlaban.-dodałem, biorąc psa na ręce.
Wróciłem do mieszkania. Mógłbym w końcu zrobić porządek w garderobie. W końcu prawie dwa tygodnie w niej nie sprzątałem. Lekcja numer dwa. Kiedy ciuchy chcą uciec z twojej szafy zaczyna robić się kiepsko.
-Koron nie podchodź ta czynność narusza przepisy BHP.-powiedziałem do mojego maleństwa stojącego w drzwiach.
Policzyłem do trzech po czym złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi. Tak jak myślałem z pomieszczenia wyleciała lawina ciuchów, butów i dodatków.
-Może by tak wziąć grabie.-mruknąłem-I taczkę. Tak. Koniecznie musi być taczka.
To nie tak, że nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Ja po prostu lubiłem moją samotność i wcale nie przeszkadzało mi, że większość współpracowników ma mnie za świra. Miałem w głębi moich rureczek, a raczej tego co zasłaniają, ich zdanie. No i na chuj mi była szósta koszulka od Givenchy? Najpierw nakupuj, a później niech twoja szafa obrywa. Jeśli Gucci produkowałby grabie i sekatory myślę, że zostałbym ogrodnikiem. Stwierdziłem nurkując w kolejnej stercie metek. Problem z markowymi ciuchami jest taki, że kupujesz ich całe tony, nawet jeśli nie są ci potrzebne, a potem szkoda się ich pozbywać. „No bo to przecież Dior!”
Postanowienie na przyszłość: Zacznę kupować ubrania, które nie będą miały równowartości dwumiesięcznego czynszu.
Będzie ciężko. Zwłaszcza kiedy na e-maila przychodzą informacje o najnowszych kolekcjach albo projektanci podlizują się królowi krytyki. Opadłem twarzą prosto w kupkę spodni. Przecież to awykonalne. Ja wielki Matsumoto Takanori krytyk i okazyjnie projektant nie wywalę przykładowo bucioszków od Hilfigera. No way! Duma i serce by mi na to nie pozwoliły. Co z tego, że są sprzed dwóch sezonów. Stare trendy wracają do łask. Jęknąłem przeciągle. Jak Szekspir XXI wieku. Wywalać, czy nie wywalać... Moje być, czy nie być. Ktoś pomoże znaleźć mi odpowiedź na to jakże frapujące pytanie?
Właśnie wtedy zadziałał przewrotny los. Wiecie, kiedy wypowiecie coś w niewłaściwym momencie, a potem przez resztę życia obrywacie po dupie. Jednak przekonać się o tym miałem dopiero po pewnym czasie. Tak jak myślałem historia trzydziestodwuletniego geja nie może być czarno-białe. Cholerna tęcza równouprawnienia zawsze się gdzieś wpieprzy. 

niedziela, 11 września 2016

Why are you gone?

One shot Reita x Kai 
Na początku miał być smutny shot, jednak w trakcie pisania zmieniły mi się plany. Tak więc zamiast sad endu jest szczęśliwe zakończenie. Pisany o 4:30 i nie sprawdzany, więc darujcie błędy. 
Miłego czytania!
***

Śmierć jest jedyną rzeczą, której możemy być pewni.
Pożegnanie.
Czy jest nam lepiej, gdy dowiadujemy się, że ktoś kogo kochamy nie żyje niż, że odszedł do kogoś innego? Porzucił nas? Czy wtedy zadręczamy się tym, że nie potrafiliśmy dać jej szczęścia?
Są dwa rodzaje odejścia. Śmierć lub zostawienie. Czym się różnią skoro bolą tak samo? Ktoś kogo kochasz znika z twojego życia na zawsze.
Odkąd odszedł, miotałem się po mieszkaniu, krzyczałem, płakałem. Bezsenne noce były moją codziennością. Coś co kiedyś biło w mojej piersi dawno umarło. Zostało boleśnie wyrwane i zabranie razem z nim. Cały czas nie wiedziałem „dlaczego?”.
Przecież było nam razem dobrze. Dbaliśmy o siebie. Razem się śmialiśmy, płakaliśmy. Czułem się bezpiecznie schowany przed światem w twoich ramionach. Zasypiałem i budziłem się w nagrzanej przez twoje ciało pościeli. Kiedy wychodziłeś wcześniej do pracy składałeś na moim czole delikatny pocałunek i okrywałeś szczelniej ciepłą pierzyną. A teraz? Teraz wszystko poszło się jebać! Ty zniknąłeś, a ja zrozumiałem jak bardzo byłem i nadal jestem od ciebie uzależniony. Mogę cię śmiało porównać do kofeiny, którą tak kochałeś pić, czy heroiny. Nałóg zabijający cię każdego dnia. Wyniszczający kawałek po kawałeczku.
Dlaczego to, aż tak boli do jasnej cholery?!
Dlaczego Akira?!
Przecież się starałem? Niewystarczająco? Gotowałem, sprzątałem, co najważniejsze kochałem. Za mało ci się dawałem? Dlatego musiałeś szukać pocieszenia w ramionach tej czarnowłosej dziwki?
Zupełnie jak z nim. Też mnie zdradził i zostawił. Ty miałeś być inny. Obiecywałeś, że mnie będziesz mi wierny. Nie porzucisz. Przecież to ty pomagałeś mi wyjść z dołka i powrócić do normalnego życia. Pokazałeś czym jest prawdziwa miłość. Nauczyłeś od nowa ufać. Tylko po to, żeby zabrać to wszystko? Tylko po to, żeby jeszcze bardziej bolało? Miałeś być lepszy, a jednak okazałeś się gorszy? On przynajmniej miał tyle odwagi, żeby przyznać się do tego co zrobił i zakończyć to w miarę cywilizowany sposób. A ty? Po prostu zniknąłeś pewnego czarnego dnia.
Zabrakło mi oddechu. Znowu. Bolało coraz bardziej. Z sekundy na sekundę. Z minuty na minutę. Chciałem w końcu zniknąć. Niby z każdym dniem ubrania zaczynały na mnie coraz bardziej wisieć. Jednak to nie pomagało. Załatwiło mi tylko stały monitoring moich przyjaciół. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Z każdą chwilą mojej zwłoki robił się coraz bardziej nachalny. Wstałem powoli zataczając się i podpierając ściany, przewracając przy okazji kilka pustych ciemno zielonych butelek. Po upływie kilku minut otworzyłem w końcu natrętowi po drugiej stronie. Owym namolnym kimś okazał się być Takanori.
-Mówiłem ci już, żebyś nie zamykał na dolny zamek, bo nie mam klucza.-powiedział wpakowując się do mojego mieszkania-Przyniosłem ci obiadek. -podniósł do góry reklamówkę z kolorowymi pudełeczkami.
Kiwnąłem głową.
-Ale tu u ciebie zimno.
Wzruszyłem ramionami. Było mi dobrze. Zimno jak w dziurze, zionącej pustką w mojej piersi.
-Nie możesz się jeszcze przeziębić. Wiesz w twoim stanie mógłbyś tego nie…
-Nie przeżyć?-dokończyłem-Chciałbym.
Wiem, że brzmiało to głupio. Skończyć swoje życie tylko dlatego, że facet mnie rzucił. Byłem słaby psychicznie. Akira stanowił po prostu część mnie. Starajcie się teraz żyć bez żołądka, czy gałki ocznej. Suzuki był po prostu ½ mojej egzystencji.
-Nie to miałem na myśli!-zreflektował się szatyn-Po prostu ostatnią rzeczą jakiej potrzebujesz jest 40 stopniowa gorączka, zapchany nos i bolące gardło.
Podszedł do termostatu i podwyższył temperaturę.
-Znowu zrobiłeś bałagan.-stwierdził, spoglądając krytycznie na poprzewracane butelki-Podgrzeję ci obiad i zaraz to ogarnę. Usiądź.
Zająłem miejsce przy stole.
-Nie masz się czego bać, pani Ayano gotowała.
Postawił przede mną kilka miseczek z parującą zawartością.
-No śmiało.-wcisnął mi do ręki pałeczki.
Niemrawo pogrzebałem w ryżu i upiłem łyk zupy.
-Co robiłeś, kiedy Kou poszedł?
-Umierałem.-burknąłem.
Uśmiech Takanoriego zmalał. Pogładził moją dłoń.
-Naprawdę będzie lepiej. Czas leczy rany. Może ci się wydawać, że to tylko słowa ale one naprawdę pomogą.
-Jest mi po prostu źle. Dlaczego on mnie zostawił? Czy byłem naprawdę, aż tak beznadziejny?
-Nie jesteś zrozum to w końcu! To Akira jest kretynem i podłym chujem!
Nie zrobiłeś nic złego.-dodał spokojniejszym tonem-Dokończ, a ja posprzątam.
Z kuchni słyszałem jak dzwoni do kogoś.
-Nie zjesz więcej?-zapytał, kiedy wrócił z dwoma pełnymi workami śmieci.
Pokręciłem głową.
-Kouyou powinien niedługo przyjechać i pójdziecie na spacer.
Czułem się jak małe dziecko. Niańczone przez Takanoriego, Kouyou i Yuu.
Taka kazał mi się umyć i przebrać. To nie tak, że miałem jakąś pieprzoną traumę i nie wychodziłem z domu przez ostatnie dwa tygodnie, bo bałem się przypadkowego spotkania z NIM. Siedziałem w wannie, wpatrując się tępo w karmelową ścianę. Nie chciałem nigdzie wychodzić ale Ru siłą wpakował mnie do wanny. Kiedy przyszedł Kouyou stałem przed szafą, zawinięty w szary miękki ręcznik. Doszły do mnie strzępy ich rozmowy.
-Boję się o niego.-szeptał Taka.
-Przeżyje to. Jest po prostu delikatny. Po za tym to już drugi raz. Pamiętasz co było z Takamasą.
-Pamiętam ale wtedy pomógł mu Suzuki.
-Teraz nasza w tym głowa, żeby mu się polepszyło.
Przez moją twarz przemknął cień uśmiechu. Nie zostałem sam. Jednak cały czas bolała mnie nielojalność Akiry.
-Moja dawna przyjaciółka dzwoniła do mnie. Chciała rozmawiać ale odprawiłem z kwitkiem. W tej chwili wzbudza we mnie jedynie obrzydzenie.
-Trudno się dziwić.
Wróciłem do wybierania ubrań. Złapałem czarny sweter i jeansy.
-Hej Yuk-kun. Można?-zapytał Takashima, pukając w drzwi.
-Tak.
-Widzę, że Taka cię uprał.
Kiwnąłem głową.
-To dobrze. Zabieram cię na spacer, a Taknori robi dezynfekcje.
Z niechęcią i pod przymusem (głównie to proszącego wzroku Kouyou) opuściłem swój azyl. Na niektórych ulicach poustawiane były radiowozy, a liczba patroli była większa niż zwykle.
-Wiesz może o co chodzi?-rozejrzałem się dookoła.
Niedaleko ma być jakiś koncert i zablokowali połowę miasta.
-W takim razie gdzie konkretnie chcesz iść?-zapytałem, chowając ręce do kieszeni.
-Przed siebie.-odparł z uśmiechem-Myślałem o parku, czy o jakiejś spokojnej kawiarni. Może tej z kotami?
-Dobrze.
-Naprawdę ci źle.
Jak zwykle nie owijał w tanie słówka.
-Tak. Nawet nie wiem gdzie się podział. Po prostu kiedy wróciłem z delegacji jego rzeczy już nie było.
-Nie zostawił ci żadnej wiadomości?
-Nic, a nic. Nawet nie próbował się ze mną skontaktować.
-A praca?
-W poniedziałek kończy mi się urlop.
-Nareszcie wrócisz do życia.
-Nie chcę. Nawet nie wiesz jakie masz szczęście. Tylko ja jestem takim kretynem i nie potrafię nikogo przy sobie zatrzymać.
-Przestań tak w końcu mówić. Po prostu trafiasz na złych facetów. Tylko nie wiem dlaczego Akira się tak zachował. Znamy się od podstawówki. Zdrada była dla niego jedną z najgorszych rzeczy.
-Hipokryta.-prychnąłem.
Później zeszliśmy z tematu. Zastanawiałem się, czy moje obecne poczucie żalu, smutku i zdrady nie przeradza się w złość i nienawiść. To prawda kiedy zobaczyłem go całującego się z tamtą dziewczyną oprócz ogromnego bólu poczułem niewyobrażalną wściekłość. W końcu to normalne, gdy ktoś łamie daną obietnicę. W domu wywrzeszczałem mu wszystko. Jednak w nocy miałem samolot i nie mogłem od razu tego załatwić. Gdybym wiedział, że zniknie... Właściwie to nie wiem co bym zrobił. Nie byłem na to wszystko przygotowany dlatego zacząłem topić wszystko w procentach.
-Myślę, że zamiast parku powinniśmy od razu przeskoczyć do kawiarni.-stwierdził chłopak patrząc w niebo.
Stalowo szare chmury zaczęły się kłębić nad naszymi głowami. Szybko znaleźliśmy niewielką kawiarnię o tej porze prawie pustą. Jedynie dwa stoliki były zajęte przez parę w podeszłym wieku i młodego, blondwłosego mężczyznę. Kolor jego włosów kojarzył mi się z Suzukim. Wszystko w moim, do niedawna naszym, mieszkaniu mi go przypominało. Poduszka na której spał. Jego ulubiona pokraczna lampa w kształcie trójkąta o którą tak często się kłóciliśmy. Pościel od YSL z wadliwym szwem, którą razem upolowaliśmy na jakiejś przecenie. Długo mógłbym wymieniać kończąc na kubku i ulubionej łyżeczce z białymi wzorkami. Może to były kolejne powody dla których zabarykadowałem się w domu. Z blondyna siedzącego nad telefon mój wzrok powrócił do dwójki starszych ludzi. Byli uśmiechnięci. Rozmawiali cicho wpatrując się sobie w oczy. Też tak kiedyś wyglądaliśmy? Czy wtedy też mnie zdradzałeś? Czy nasze szczęście było tylko pozorem? Mgiełką z perfum, widoczną przez kilka sekund, zostawiającą zapach, który i tak potem zwietrzeje?
Ciszę przerwał telefon szatyna.
-Halo?... Tak. Czekaj.-odsunął urządzenie od ucha-Takanori pyta dlaczego nie odbierasz telefonu.
Odruchowo złapałem się za prawą kieszeń, jednak nic w niej nie znalazłem poza kawałkiem chusteczki i granatowym guzikiem.
-Nie mam.
-Mówi, że nie wziął. Aha. Taka pyta gdzie trzymasz płyn do podłóg.
-W toalecie. Najniższa szafka pod zlewem.
-Szafka w kiblu. Okej. Pa.

Kiedy wróciliśmy moje mieszkanie nie pachniało już jak przybytek dla meneli, tylko jak sklep ze środkami czystości. Taka chyba zabił każdą możliwą formę bakterii w obrębie tego apartamentu.
-Następnym razem pamiętaj, żeby pocztę wyrzucać do kosza, ewentualnie do jakiejś przeznaczonej na to szufladki, a nie pod lodówkę.-mruknął chłopak, wskazując na kremową kopertkę leżącą na stole.
-Co? Jaką pocztę?-zdziwiłem się zgarniając list.
Nie był zamknięty. Nawet nie miał adresu i znaczka. Wyjąłem ze środka karteczkę zapisaną koślawymi znaczkami.
Yutaka kochanie nie wiem o co ci chodzi. Mam nadzieję, że na wyjeździe przemyślisz wszystko i będziemy mogli na spokojnie porozmawiać. Na jakiś czas zamieszkam u Namjoona daj znać jak ochłoniesz.
Kocham cię Akira.
-Jak to nie wie o co mi chodzi?!-wrzasnąłem, wpatrując się w papier.
-Co się stało?-zapytał Shima, zaglądając mi przez ramię.
-Muszę jechać do Kima.-powiedziałem, łapiąc za kluczyki od samochodu.
Nim Matsumoto i Takashima zdążyli się zorientować, zbiegałem już po schodach. Krzyczeli coś za mną ale byłem za daleko. Pewnie chcieli mnie zatrzymać. Wsiadłem do samochodu po czym ruszyłem w stronę centrum.
Władowałem się w największy korek. Jak zwykle. Uderzyłem niecierpliwie w kierownicę. Nie miałem telefonu, żeby chociaż do niego zadzwonić. Właściwie to nie widziałem tego małego cholerstwa od dawna. Nie był mi potrzebny, aż do teraz. Skąd tu tyle samochodów?! Koncert! Czyli zapewne to próbowali mi wykrzyczeć. Zaparkowałem gdzieś na uboczu po czym ruszyłem biegiem w stronę mieszkania Namjoona. Biegłem szybko, prosto przed siebie. Oczy zaszły mi łzami. Co jakiś czas na kogoś wpadałem. W końcu po raz pierwszy od tych pieprzonych czternastu dni czułem, że w mojej piersi coś drgnęło. Jeszcze tylko kawałek. Kilka zawszonych metrów. Jak burza wleciałem do budynku, w którym mieszkał Kim. Ignorując windę wbiegłem po schodach. Stojąc przed drzwiami i czekając, aż ktoś mi otworzy czułem jak moje serce wali z szaloną prędkością. Oddech był krótki i urywany. Płuca paliły mnie żywym ogniem, a w gardle miałem pustynię. W końcu zamek drgnął. Otworzył mi wysoki, szarowłosy chłopak.
-Yutaka.
-Po-powiedz mi, że... że jest Aki..ra!-wydyszałem, łapiąc się za klatkę piersiową.
-Jest. Wejdź.
-Ktoś przyszedł?-usłyszałem z głębi domu.
-W sypialni.-podpowiedział Namjoon.
Nie musiał tego mówić, gdyż w drzwiach to pokoju stanął Suzuki.
-Ty skończony idioto!-wrzasnąłem, nacierając na niego-Normalni ludzie czekają, a nie bawią się w jakieś zasranego listonosza niespełnionego pisarza! Wiesz co przeżywałem?! Wiesz jak się czułem?! Myślałem, że mnie dostawiłeś ty parszywa świnio! Że okazałeś się być taki sam, a nawet gorszy niż Takamasa!
-Przecież wszystko ci napisałem w tym liście.-mruknął zdziwiony.
-Który Takanori znalazł dzisiaj pod lodówką! Nawet mimo tego, że się do ciebie przez tak długi czas nie odzywałem ty nic z tym nie zrobiłeś! Sam mógłbyś zadzwonić, czy przyjść do mnie!
-Uspokój się. Wyjaśnię ci wszystko. Chodź.-pociągnął mnie za rękę w stronę sypialni, zostawiając zdezorientowanego Kima w salonie.
Posadził mnie na łóżku kucając naprzeciwko.
-Próbowałem się do ciebie dodzwonić i to nie raz. Zawsze włączała się skrzynka głosowa. Myślałem, że już mnie nie chcesz, że zrobiłem coś nie tak. Dlatego próbowałem skontaktować się z Kouyou ale on nawrzeszczał na mnie jak jeszcze mogę mieć czelność i próbować z tobą porozmawiać po tym co zrobiłem. Tylko ja nie wiem za co mnie tak linczujecie. Co zrobiłem źle?
Patrzyłem na niego spod przymrużonych powiek.
-Zdradziłeś mnie.-odparłem po chwili milczenia.
-O czym ty mówisz? Niby kiedy? Gdzie? Z kim?
-Dzień przed moim wyjazdem. Widziałem jak się obściskiwałeś z jakąś dziewczyną. Jeśli ci się znudziłem i chciałeś założyć normalną rodzinę wystarczyło powiedzieć.
Suzuki poleciał do tylu, siadając na podłodze, po czym schował twarz w dłoniach i zaczął kręcić głową.
-To była moja przyjaciółka, którą znam od przedszkola. Załatwiłem jej pracę w mojej firmie. Była po prostu szczęśliwa, dlatego tak zareagowała. Emocje wzięły górę. Yutaka nigdy bym cię nie zdradził. Obiecałem ci to. Nie jestem jak on.-klęknął, opierając ręce na moich udach-Kocham cię.
Toczyłem właśnie bitwę sam ze sobą. Jedna część, ta skrzywdzona mówiła, żeby wstać i wyjść. Zakończyć to. Druga krzyczała, żeby mu wybaczyć. Przecież go kochasz.
-Jesteś największym tępakiem jakiego kiedykolwiek spotkałem.-mruknąłem, zsuwając się prosto w jego ramiona.
-Wiem. Przepraszam cię kochanie.
Złapał moją twarz w dłonie, ścierając kciukami dwie słone ścieżki. Pierwszy raz od dwóch tygodni uśmiechnąłem się szczerze. Nie był to wymuszony grymas posyłany w stronę lustra. Pierwszy raz od dwóch tygodni czułem jak jego obecność wypełnia pustkę w moim sercu, reanimuje je i przywraca do życia. Pierwszy raz od dwóch tygodni poczułem smak jego spierzchniętych warg smakujących moich.
-Jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz wykastruję cię nożyczkami dla dzieci.-mruknąłem, wtulając się w jego szyję.
Przełknął głośno ślinę.
-Dobrze, ty moja parszywa świnko. Skąd ci się to w ogóle wzięło?
-A co wolałbyś parchaty wieprzu?
-Ograniczę ci czas z Takanorim.
-Czyli co happy end?
-Tak nasz prywatny happy endzik.
-W końcu!-usłyszeliśmy zza drzwi.
-Won do Korei szpiegu za dychę! Weź tą złotą trójce ze sobą!-wrzasnął Akira.

W końcu nie spadł żaden deszcz, a chmury nad miastem powoli zaczęły się przerzedzać.